Prelepa Czarnogóra 10 komentarzy


Jest połowa sierpnia 2010, mamy za sobą (ja i mój życiowy współużytkownik Niemen) tygodniowy rejs po wyspach Dalmacji. Opaleni, naładowani pozytywną energią, wysmagani wiatrem, z posmakiem młodego wina na ustach, ruszamy lądem dalej na południe. Żal byłoby nie wykorzystać okazji, że jesteśmy w tej części Europy– tym bardziej, że organizatorzy rejsu zgodzili się zabrać nas z powrotem do Polski razem z kolejnym „turnusem”. Mamy dzięki temu tydzień na odkrywanie Czarnogóry.

Swoją przygodę rozpoczynamy w chorwackim porcie Primosten, z którego mamy złapać autobus do Splitu. Odbiór jachtu jednak się przeciąga (w Chorwacji nikt się nie spieszy-  typowe dla południowców) i ostatni autobus nam ucieka. Nie pozostaje nam nic innego, jak rozpocząć podróż w prawdziwie backpackerskim stylu– autostopem.

Po około czterdziestu minutach oczekiwania w 30-stopniowym upale, zabiera nas podróżujący samotnie Włoch. Przez całą drogę opowiada nam rozmaite historie– z pewnością barwne. Niestety, jak na Włocha przystało, mówi tylko po włosku, więc niewiele rozumiemy, ale staramy się być uprzejmi i zachowywać pozory konwersacji. Jest na tyle miły, że zawozi nas prosto na dworzec w Splicie, gdzie żegnamy się z nim już prawie po włosku.

Na miejscu okazuje się, że dziś już nie ma bezpośredniego połączenia z Herceg Novi w Czarnogórze. Postanawiamy przemieścić się jak najbliżej granicy i wsiadamy do autobusu, który około 22 przywozi nas do Dubrownika. Jest za późno, by jechać dalej. Jesteśmy spoceni, zakurzeni i zmęczeni. W tłumie równie jak my zagubionych podróżnych odnajduje nas starsza Chorwatka- proponuje pokój i transport kwatera- dworzec, wszystko za 15 euro od głowy– bierzemy!

Ten przymusowy przystanek w Dubrowniku okazuje się strzałem w dziesiątkę! Po odświeżeniu idziemy na spacer na tutejszą starówkę. Nie wiem, jak wygląda za dnia, ale nocą jest z pewnością jednym z najbardziej bajecznych starych miast w Europie i nie bez powodu trafiła na listę dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Uliczki są tak jasno oświetlone, że sprawiają wrażenie zamkowych przestrzeni przykrytych dachem rozgwieżdżonego nieba, a wypolerowany przez tysiące turystycznych stóp piaskowiec lśni blaskiem świeżo wypastowanej podłogi. Labirynty wąskich uliczek i schodków, fantazyjne ornamenty na fasadach, zapach bałkańskiej kuchni i uliczni muzykanci. Stary Dubrownik urzeka swoim niepowtarzalnym klimatem, tętni śmiechem i muzyką do późnych godzin nocnych.

Szybko nadchodzi kolejny dzień, a my łapiemy w Dubrovniku pierwszy autobus do Czarnogóry. Krótki przystanek w Bośni i Hercegowinie, która wbija się między sąsiadów króciutką linią brzegową i jesteśmy w Herceg Novi.

Na dworcu tłum lokalnych „przedsiębiorców turystycznych”, oferujących pokoje we wszystkich językach zachodniej Europy. Tym razem jednak miło dziękujemy i z mapką w dłoni maszerujemy do wypożyczalni samochodów, w której mamy rezerwację. Zrzucamy ciężkie plecaki i ruszamy na północ Czarnogóry, w stronę Narodowego Parku Durmitor. Na obrzeżach Herceg Novi kupujemy produkty na śniadanie, chcemy je zjeść na postoju w jakimś uroczym miejscu. Nie musimy czekać długo, bowiem jedziemy wzdłuż brzegu Boki Kotorskiej i widoki są nieziemskie. Czarnogórskie fiordy wyrastają z lazurowych wód zatoki, przejrzystość powietrza pozwala dojrzeć odległe miejscowości z zabudowaniami z charakterystycznego dla tych rejonów piaskowca, który migocze w słońcu. Błękit przeplata się z soczystą zielenią i daje się odczuć wszechobecny spokój, którego poczucie wzmaga leniwy chlupot wody o skały u naszych stóp. Znacie to uczucie, gdy piękno zapiera wam dech w piersiach, łza wzruszenia staje w oku i myślicie o szczęściu, miłości, potędze natury? Macie szansę znaleźć je w jednej z wielu cichych zatoczek Boki Kotorskiej. Musicie tylko przystanąć na chwilę.

Nasyceni pięknem (i śniadaniem) ruszamy dalej – coraz wyżej i wyżej, coraz bardziej krętymi drogami, których doskonały stan nas zaskakuje. Od czasu do czasu drogę (krajową!) tarasuje krowa, ale to tylko nam przypomina, że jesteśmy w kraju, w którym czas płynie wolniej i nie należy się spieszyć. W przewodniku znajdujemy informację o starożytnym moście– zjeżdżamy w bok, aby go zobaczyć. Za chwilę musimy zawrócić gdyż na drodze śpi stado owiec, wyjątkowo niechętne, by nas przepuścić. Brak możliwości obejrzenia starożytnych ruin rekompensuje nam krajobraz. Kilkakrotnie stajemy, by zrobić zdjęcia. Nagle droga się kończy – okazuje się, że trasa zaznaczona na mapie kilka lat temu, jest dopiero w budowie. Przejeżdżamy żwirowym placem budowy i odbijamy na lokalne drogi. O tak, takiej Czarnogóry się spodziewaliśmy! Wąskie, dziurawe, kręte ścieżki, po których długowieczne Łady pędzą z zawrotnymi prędkościami. Mijamy coraz bardziej senne i biedne wioski. Coraz wyraźniej dostrzegamy piętno wojen i politycznych zawieruch, które przez lata nękały te tereny. W wielu znakach drogowych do dzisiejszego dnia tkwią kule, mijamy dziesiątki opuszczonych budynków. Po kilku godzinach docieramy do miejscowości Żabljak (1450 m n.p.m.) w centrum Parku Narodowego Durmitor (wpisanego przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kultury i przyrody). Bez problemu odnajdujemy centrum turystyczne i nocleg na poddaszu górskiej chaty za 10 euro od osoby.

Mieszkańcy Żabljaka powoli odkrywają możliwości, jakie niesie ze sobą turystyka. Wokół budują się hotele i pensjonaty, zamiast dwóch restauracji opisanych w przewodniku jest ich już co najmniej pięć. Być może to ostatni moment odkrywania tych dzikich terenów, zanim zadepczą je turyści.

Na eksplorację Durmitoru przeznaczamy dwa dni. Nie jesteśmy przygotowani na górskie wędrówki (brak odpowiednich butów) więc wybieramy łatwą, krótką trasę, którą maszerujemy wokół malowniczego Jeziora Czarnego, a właściwie dwóch jezior podzielonych małym cyplem. W krystalicznie czystej wodzie odbija się szczyt Medjed (2287 m n.p.m.). Pijemy wodę wprost ze strumienia, robimy też przystanek na kąpiel – ja nie mam odwagi wejść do lodowatej wody po śliskich kamieniach, Niemen ma i jego mina mówi jedno – warto!

Na drugi dzień jedziemy nad kanion Tary, którego głębokość dochodzi nawet do 1300 m. Podobno jest to drugi co do wielkość kanion na świecie (po Wielkim Kanionie w USA), na pewno zaś najpiękniejszy, jaki widziałam. Most Durdevica przecinający kanion ma 365 m długości i 172 m wysokości ponad nurtem rzeki i oferuje niezapomniane przeżycia amatorom bungee jumpingu. Organizowany jest też rafting tą malowniczą dziką rzeką. Tuż obok mostu znajduje się malutka knajpka z dość ubogim menu, ale za to z tarasem z niesamowitym widokiem – pozycja obowiązkowa!

Zachwyceni kanionem, pokrzepieni cevapi (tradycyjne mięsne danie bałkańskie), ruszamy samochodem wzdłuż kanionu, czerpiąc po drodze orzeźwiająco zimną i czystą wodę wprost ze skalnych ujęć. Jedziemy plątaniną dróg, tuneli i wąwozów, by zjechać na nieutwardzoną drogę. Jest bardzo stroma i kręta, prowadzi w dół, nad sam brzeg rzeki przez wsie, które zimą (na północy Czarnogóry są ostre i śnieżne zimy) muszą być odcięte od świata. Zastanawiamy się głośno czy bylibyśmy wyrzec się miejskiego życia na rzecz spokoju wśród gór i nagle droga kolejny raz się urywa… Odpoczywamy nad brzegiem Tary obserwując zachód słońca, nigdzie się nam nie spieszy.

Kilka minut po zmierzchu jesteśmy znów przy malowniczym moście. Zwalniamy, wyglądając autostopowiczów. Zabieramy parę Francuzów przerażonych, że nie znajdą w ciemnościach transportu. Mieszkają, tak jak my, w Żabljaku. Niestety, bardzo kiepsko mówią po angielsku, ale międzynarodowym, na pół migowym językiem podróżników potwierdzają to, o czym czytaliśmy na podróżniczych blogach przed wyjazdem. Transport publiczny w Czarnogórze jest słabo rozwinięty i podróżowanie autobusem jest uciążliwe i czasochłonne (niektóre linie kursują tylko w określone dni tygodnia). Trasa, którą my pokonamy w tydzień, im zajmie dwa. Próbowali wypożyczyć samochód w Herceg Novi, ale nie było już wolnych – czyli wcześniejsza rezerwacja jest dobrym pomysłem.

Kolejnego dnia żegnamy Narodowy Park Durmitor, ale górski krajobraz towarzyszy nam do samego wybrzeża. Z każdym kilometrem robi się coraz goręcej i już po kilku godzinach widzimy lazur morza. Jesteśmy w Budvie – centrum turystycznej Czarnogóry, a naszym zdaniem centrum kiczu, tandety i hałasu. Nie sposób odpocząć na brudnej, ciasnej i kamienistej plaży, gdy z łódek przez megafony przekrzykują się tubylcy reklamujący bary, dyskoteki i kawiarnie. Za wszystko trzeba płacić: leżak, parking, toaletę, parasol. Aby zrekompensować sobie niewygody miasteczka, zaszywamy się w hostelu z basenem i namiastką jacuzzi na podwórku. Wokół dojrzewają w słońcu cytryny i winogrona, w lodówce chłodzi się lokalne wino, ale… żołądek po miejscowych turystycznych specjałach odmawia posłuszeństwa. Uciekamy stąd!

Jedziemy wybrzeżem Boki Kotorskiej, w oddali znika zarys najdroższej miejscowości w Czarnogórze- Wyspy Św. Stefana. Jeszcze kilka serpentyn i zza kolejnego czarnogórskiego fiordu wyłania się Kotor. To starożytne miasto (wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO) swoim bajkowym klimatem przywołuje nam na myśl Dubrownik. Tu znowu czas zwalnia, a historia zdaje się szeptać przez wilgotne mury starego miasta… Z przyjemnością gubimy się w labiryntach uliczek, by trafić do portu, gdzie podziwiamy olbrzymie masztowce. Niestety, musimy jechać dalej, chcemy przed zmrokiem dotrzeć do Herceg Novi.

Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się urzeczeni widokiem słońca stojącego w bramie przesmyku Verige. Przewodnik opisuje leżącą vis a vis niego miejscowość Perast jako senną rybacką osadę, zamieszkaną głównie przez wiekowe osoby. Nic bardziej błędnego! Schodzimy ze skarpy by zrobić zdjęcie i trafiamy do Pirat Baru – pełnej młodych ludzi imprezowni, położonej na betonowej przystani wcinającej się w morze. Rozbrzmiewa klubowa muzyka, a ciało rozgrzane drinkiem można schłodzić skokiem do wody… prosto od stolika. Cali mokrzy, z nogami na stole, sączymy zimne napoje a słońce kąpie się w wodzie u podnóży skał wyrastających na horyzoncie. To są wakacje! Ale Perast to nie tylko Pirat Bar. To także przepiękne stare pałacyki z ornamentami z piaskowca i uroczy deptak biegnący wzdłuż zatoki. Szkoda stąd wyjeżdżać.

Do Herceg Novi docieramy dość późno. Szybko jednak spotykamy kandydatkę na naszą nową gospodynię, która nie wiedzieć czemu upiera się, by mówić do nas po niemiecku. Droga do mieszkania prowadzi wąskim chodnikiem bardzo pod górę, ledwo niosę swój plecak. Blok z wielkiej płyty nie wygląda zachęcająco, jednak jesteśmy tak zmęczeni i zakrzyczani potokiem niemieckich słów, że nie mamy siły protestować. Znużenie mija gdy wchodzimy do pokoju– mamy wielki taras z widokiem na Zatokę Kotorską i jutro znów zjemy śniadanie we wspaniałej oprawie.

Herceg Novi jako najbliższe Chorwacji czarnogórskie miasto nie oparło się rozwojowi tandetnej turystyki. Plaża jest pełna, brudna i płatna. Korzystamy jednak  z ostatnich godzin bałkańskiego słońca, nie kręcąc nosem. Znajdujemy uroczą restaurację pod żeliwnym szkieletem ogrodowego baldachimu, w której podają pyszne ryby, a miejscowe koty ocierają się nam o kostki.

Ostatniego dnia rano dostajemy od gospodyni owoce na drogę i pędzimy na dworzec. Przechodnie są na tyle uprzejmi, że pomagają zamówić nam taksówkę– pieszo trudno by nam było udźwignąć załadowane lokalnym winem plecaki. Dzień wcześniej nie było już biletów do Chorwacji, więc musimy liczyć na malutką pulę, jaką dysponuje kierowca. Gdy stoję w kolejce, zaczepia mnie taksówkarz proponując transport do Dubrownika za cenę jednego biletu. Jesteśmy uratowani! Przez szybę luksusowego mercedesa, zastanawiając się, jakim cudem to przedsięwzięcie opłaca się kierowcy, żegnamy Czarnogórę i obiecujemy sobie, że jeszcze tu wrócimy.


Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 komentarzy do “Prelepa Czarnogóra

  • latwepodroze.wordpress.com

    Czarnogóra jest na naszej liście „musowo być tam” 🙂 w najbliższym czasie wybieramy się do Serbii, pozwolę sobie zaprosić na relację jak już ją sklecimy 🙂

  • Ania

    Super sprawa. Czarnogóra jest wspaniałym krajem, który oferuje znacznie więcej niż wybrzeże. Wgłąb kraju są równie piękne krajobrazy. Z mężem odwiedziłam okolice Rijeki Crnojevicy – gorąco polecam!

  • Bogi

    W Czarnogórze zdecydowanie polecam podróżowanie taksówkami, są o wiele tańsze lub porównywalne do biletów autobusowych. Też się zastanawialiśmy, jak im się to może opłacać… i z uwagi na te rozlekotane taksówki nawet już się nie targowaliśmy (a można!), szkoda nam było tych „bid”.

  • Henryka.W

    Super kraj, wiele atrakcji na niewielkim terenie. Góry dzikie, nie nawiedzane tak przez turystów jak np nasze Tatry. A co do Budvy nie wiem czy tak się zmieniła bo aktualne artykuły też j tak przedstawiaja, wiec moze to tylko kwestia odbioru. Plaża, przy łódkach jest brudna, ale to nie jedyna plaża. Za żadna nie placilismy a Mogren Beach to chyba jedna z ciekawszych plaż na tamtym wybrzeżu. Jak ktoś nie chce hałasu to nie polecam, ale na pewno warto wpaść choćby zobaczyć stare miasto na tle gór, mogren beach. A plaża dobra do odpoczynku to Jaz, nie przy głównych atrakcjach, w miare czysta i bardzo ładna