Smakołyki 3 komentarze


Co prawda z naszych dotychczasowych kulinarnych poszukiwań wyciągamy głównie wnioski w stylu „tu nigdy już nie jemy” czy „tego więcej nie próbujemy”, w talerzach znajdujemy muchy, spomiędzy zębów wyciągamy kawałki drutu, wnętrzności nieoczyszczonych krewetek tryskają nam po palcach i rzadko potrafimy nazwać to co jemy, a jeszcze rzadziej wiemy co zamawiamy, ale udało nam się odnaleźć już kilka smakołyków.

Absolutnym numerem jeden są dla mnie Jianbing– mocno jajeczne naleśniki z bardzo kruchego i sztywnego ciasta przekładanego szczypiorkiem, pastą chilli i różnymi warzywami. Można je kupić wprost z ulicznej blachy za 3 do 5 rmb (żeby uzyskać przybliżoną cenę w złotówkach, należy podzielić kwotę na pół). Tak bardzo mi smakują, że znikają zanim przypomnę sobie, że miałam zrobić im zdjęcie!

Naleśniki są bardzo lekkim daniem więc warto je poprawić mięsem na patyku: do wyboru owoce morza, ryby, drób, kulki mielonej baraniny (Kofta)- wszystko w wersji na ostro lub na… bardzo ostro. Z grilla lub z głębokiego tłuszczu. W tym drugim przypadku koniec patyka zostanie owinięty skrawkiem papieru toaletowego by ściekający olej nie poparzył nam palców. Do tego rodzaju estetyki, nie ma wyboru, trzeba się przyzwyczaić. Smaku na szczęście nie psuje.

Na deser jedyne i niepowtarzalne Mochi ice creams– bardzo popularny w Chinach smakołyk pochodzący z Japonii. Są to mrożone kulki z klejącego ciasta ryżowego z puszystym lodowym nadzieniem. Delikatne, lepkie, rozpływające się w ustach. Po prostu pyszne!

Podczas tegorocznego Festiwalu Środka Jesieni (Święta Księżyca), który przypada pod koniec września, mieliśmy okazję spróbować tradycyjnego Mooncake z odciśniętym na wierzchu znakiem długowieczności i harmonii. Jedzenie tych ciastek jest jedną z najważniejszych powinności świętujących- nie mieliśmy więc wyboru! Dużo słyszeliśmy o tym jak bardzo jest słodkie i kaloryczne, do tego ten imponujący rozmiar: koło o średnicy ok. 10 cm i kilka (3-4) cm grubości. Spróbowaliśmy księżycowego ciastka z pastą z nasion lotosu (są jeszcze z nadzieniem z czerwonej fasoli), było… pyszne! I wcale nie jakieś przeraźliwie słodkie. W środku lepkie i mokre- jak dobry zakalec (wiem, wiem dziwne, ale ja uwielbiam ciasto z zakalcem!).

OWOCE! Jest to jedna z tych rzeczy, które należy wymienić opowiadając za co kocha się Azję. Egzotyczne mangostany, karambole, kaki, pomelo, rambutany, liczi (które jadłam świeże po raz pierwszy właśnie w Azji), fantazyjnie ubarwione dragon fruity, których jestem ogromną fanką, jack fruity i dostępne na każdym rogu granaty. Od granatów chyba się wręcz uzależniłam. I jak się głębiej zastanowię to chyba nie do końca o smak chodzi, raczej o kojący proces skubania ziarenek. Taki wiecie, egzotyczny słonecznik.

Pineaplle Beer umieszczam na tej liście, mimo że nie wiem czy je lubię czy nie. Chińskie smaki mają to do siebie, że czasem ciężko się do nich ustosunkować. Wspominam o nim bo to dość ciekawa pozycja i lokalny produkt. Piwo plus ananas- kto to w ogóle wymyślił? I do tego zabójcza moc: całe 0,65% alkoholu. Czyste szaleństwo! W smaku oczywiście piwa nie przypomina, taka lekko gazowana ananasowa oranżada.

Na zakończenie dodam tylko, że odkryłam kilka dni temu muffinową uliczną „piekarnię”: puszyste babeczki obsypane ziarnami sezamu w cenie 1 rmb/2 sztuki. Chyba będę tam częstym gościem, w końcu czasem trzeba osłodzić sobie trochę życie 😉

 

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 komentarzy do “Smakołyki

  • Volfee

    Ahhh… jak ja lubię to całe żarcie ze straganów. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie wiesz co zamawiasz i nie wiesz jakiego smaku się spodziewać. No a poza tym te ceny…

    Jak leciałem w tym roku do Szanghaju to próbowałem chińskiego wina na pokładzie. Sikacz straszny, ale to nic dziwnego. U nich tradycja konsumpcji winogornowego wina siega może w porywach do 30 lat. W europie – ponad 2 tysięcy.