Makau o wielu twarzach 6 komentarzy


Państwo czy miasto? Chiny czy nie? Makau było przez kilka wieków portugalską kolonią, w 1999 pokojowo zwróconą Chinom- czyli Chiny. To czemu żeby dostać się do Makau trzeba przejść przez odprawę graniczną? A bo Portugalia była taka sprytna, że postawiła warunek utrzymania przez 50 lat zastanego systemu społecznego i gospodarczego, a także aktualnych praw i swobód. W ten sposób na półwyspie Makau i wyspach Taipa i Coloane powstał Specjalny Region Administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej (drugim takim jest Hong Kong).

Makau ma własną konstytucję, władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, odrębną walutę (pataca, ale w obiegu jest też równy kursem dolar hongkongski) i wolny rynek. Ma największą gęstość zaludnienia na świecie i jeden z najniższych wskaźników przyrostu naturalnego, legalny hazard, portugalskie nazwy ulic i dwa urzędowe języki (portugalski i chiński oczywiście). Ma olbrzymie, migające wulgarnymi neonami kasyna, w których obcokrajowcy tracą majątki życia i ciemne wąskie uliczki, gdzie rozgrywa się azjatycka codzienność. Kuchnię będącą aromatycznym spotkaniem Wschodu, Zachodu i Afryki i architekturę tak pełną kontrastów, że w głowie czasami pojawia się myśl „czy ktoś tej ulicy nie wstawił tu przez pomyłkę?”. Kamienne chodniki- calcady w fantazyjne wzory, klimatyczne skwery jakby żywcem przeniesione z południa Europy i najwęższe chyba ulice świata, na których pieszy musi przykleić się do ściany by samochód mógł skręcić. Ma siestę w restauracjach i smród smażonego tofu na bazarach. Zadbane katolickie kościoły, taoistyczne świątynie i buddyjskie kapliczki pachnące kadzidłem. Co jeszcze ma? Tłumy turystów!

Z Shenzhen do Makau można dotrzeć drogą lądową (autobusem) lub (szybciej) łodzią- wybraliśmy tą drugą opcję. Miasto przywitało nas bardzo serdecznie: bezchmurnym niebem i machnięciem ręki kierowcy autobusu na opłatę, gdy powiedzieliśmy, że nie mamy drobnych. Prosto z portu na Taipa pojechaliśmy na „właściwą” wyspę, gdzie pod smutnym za dnia budynkiem kasyna Grand Lisboa rozpoczęliśmy swoją wędrówkę. Plan był taki- ogólnie się rozejrzeć, zjeść „galinga africana” (kurczaka z rożna w sosie z kokosa, czosnku i chilli), z którego słynie Makau, znaleźć nocleg (hostele, w których próbowaliśmy zarezerwować pokój przez internet były pełne), zobaczyć wytypowane demokratycznym trybem główne atrakcje i… jeśli fantazji i funduszy wystarczy może zajrzeć do kasyna?

Podczas podróży z reguły towarzyszy nam fart i jak rozumu zabraknie, to zawsze pozostaje szczęście, którego przysłowiowo ma być więcej. Nie tym razem… Zrealizowaliśmy tylko pierwszy punkt planu. Przespacerowaliśmy się głównymi ulicami miasta by dotrzeć na uroczy Senado Square, który mimo olbrzymiej świątecznej choinki, skojarzył mi się z Wenecją. Dalej, ulicami wpisanego na listę dziedzictwa UNESCO zabytkowego miasta, z azjatycką wrzawą i pastelowymi okiennicami w południowym stylu, do ruin Katedry św. Pawła, a właściwie jedynej pozostałej (lecz wciąż imponującej) ściany. Warto wspiąć się na sam szczyt prowadzących do jej stóp schodów- rozpościera się stąd wspaniały widok.

Zarezerwuj najlepszy nocleg w Makau

Odrobinę się rozejrzeliśmy i już dopadł nas głód, udaliśmy się więc na słynną z rozmaitych kuchni Rua De Felicidade, jednak kucharze wszystkich knajp, w menu, których udało nam się namierzyć „afrykańskiego kurczaka” akurat ucinali sobie drzemkę. Nie dalibyśmy rady wytrzymać do 18:00 kiedy portugalskie restauracje ponownie otwierają swoje wrota (wiadomo, że człowiek głodny to człowiek zły więc nie ma sensu przeciągać tego stanu), zdecydowaliśmy więc na chińsko- tajskie wariacje na temat curry.

Punkt następny, decydujący- nocleg. Uzbrojeni w listę (naprawdę długą) hosteli, które nie mają stron www (więc nie mogliśmy sprawdzić ich dostępności przed przyjazdem) ruszyliśmy krętymi, wznoszącymi się i opadającymi uliczkami na poszukiwania dachu nad głową. Dzięki temu spacerowi, który przerodził się w męczący slalom odkryliśmy: kilka nowych smaków i zapachów, że informacje w internecie bywają bardzo nieaktualne (w miejscu jednego hostelu była już tylko dziura w ziemi), że ulice o wdzięcznie brzmiących portugalskich nazwach potrafią się kończyć zupełnie niespodziewanie i bez powodu, a przede wszystkim, że hostel (czyt. nocleg w cenie europejskiego hotelu w standardzie azjatyckiego hostelu) w Makau trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

Zmęczeni, rozczarowani i źli, nerwowo utrwalając na zdjęciach budzące się do nocnego życia miasto, złapaliśmy ostatnią łódź do Shenzhen. Pocieszało nas duże prawdopodobieństwo, że uda nam się przyjechać tu jeszcze raz, zobaczyć taoistyczną świątynię patronki miasta A-Ma, Muzeum Grand Prix, Muzeum Win, widok z wzgórza Guia lub Barra i… może spróbować swojego szczęścia w kasynie? Już chyba więcej pecha w Makau nie będziemy mieć!

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau

Makau


Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

6 komentarzy do “Makau o wielu twarzach