Home, chinese home 5 komentarzy


W ręku trzymam dokumenty potwierdzające nasz chiński meldunek. Tak, stało się! Wynajęliśmy mieszkanie i zaczęliśmy tym samym normalniejszy okres naszego azjatyckiego życia- z gotowaniem, zapraszaniem znajomych i pogawędkami z sąsiadami. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo hotel mnie zmęczył i jak bardzo może cieszyć smażenie jajka na śniadanie, czy wejście pod własnoręcznie posprzątany prysznic bez klapek i strachu, że serwis sprzątający przejechał po podłodze brudną szmatą. umowa na mieszkanieFajnie tak czasem spojrzeć z innej perspektywy na codzienne czynności i poczuć jak te małe rzeczy uprzyjemniają życie. Gdy jestem w podróży, mój pedantyzm i przywiązanie do czystości bierze wolne- hostele o standardzie zaplecza wiejskiej tańcbudy i toalety na dworcach, wydające się być naocznymi świadkami okrutnych zbrodni nie robią na mnie wrażenia i nie psują wakacji. Jednak codzienne życie rządzi się innymi prawami, a obsługa hotelowa w Chinach nie chciała ich respektować. Uwierał też bardzo brak kuchni, pralki i swobody wynikającej z poczucia prywatności. Magia chińskiego „nie przeszkadzać” na drzwiach polega bowiem na tym, że zamienia dźwięk dzwonka do drzwi w natarczywe pukanie, przechodzące w walenie pięścią i pokrzykiwanie. Jeśli nie otworzysz natychmiast (z naciskiem na natychmiast) drzwi, pokojówka wejdzie sama, zupełnie nieskrępowana faktem, że jesteś pod prysznicem. Przecież główną potrzebą jaką ma zaspokoić hotel jest codziennie (koniecznie!) czysty ręcznik, a nie jakiś tam spokój. Ze zwyczajem walczyłam wszelką bronią- prośbą, groźbą, podstępem (np. występowałam w majtkach, poczochrana dając do zrozumienia, że zostałam obudzona) i nic, czysty ręcznik musi być.

Szczęśliwie mamy już mieszkanie, słońce świeci jakby jaśniej i widok na góry bardziej cieszy od razu. Droga ku temu była jednak (jak to w Chinach) długa, kręta i wyboista…

Najpierw próbowaliśmy szukać przez Internet- przeglądarki dają sobie przecież radę z tłumaczeniem z chińskiego. Niestety nie można tego samego powiedzieć o pracownikach agencji nieruchomości- tłumaczenie maili z angielskiego ich przerasta. Szybko się zorientowaliśmy, że w ten sposób nic nie zdziałamy, zaczęliśmy więc osobiste wycieczki po biurach wynajmu znajdujących się w interesującej nas okolicy. Trochę na migi, trochę wspierając się tłumaczeniem aplikacji na telefonie, prosiliśmy o pokazanie mieszkań o konkretnym metrażu, standardzie i cenie. No i się zaczęło.

W życiu nie widziałam tak dziwacznych wnętrz! Domyślam się, że to chińskie rozumienie pojęcia nowoczesnego designu było głównym projektantem. Okrągła wanna na środku sypialni, telewizor zawieszony 5 cm nad podłogą, tajemnicze przejścia między pokojami, szklane ściany, lustrzane ściany, łóżka w kształcie wieloryba- wyliczać mogłabym długo.

mieszkania w ChinachWnętrza urządzone tak niefunkcjonalnie, że mogłyby służyć za anty- przykłady na wykładach z architektury. Umywalka nie zmieściła się w bezsensownie zaprojektowanej łazience? Zamontujmy ją w przedpokoju. Pokój przechodni? A może od razu trzy? I do tego ten przerażający brud. Śmieliśmy się na początku, że to tak jakby ktoś zrobił rok temu imprezę stulecia i… nigdy po niej nie posprzątał. Obrzydliwy, zaschnięty, zaklejony, przeżarty. Gdy w jednym z zachwalanych jako luksusowy lokali przywitały nas wierzgające w agonii kilkucentymetrowe karaluchy, przestało nam być do śmiechu i zmieniliśmy agencję. No i jeszcze wszechobecna prowizorka. W Shenzhen nie ma starych budynków, najstarsze mieszkania które widzieliśmy miały 6 lat, a wyglądały jakby jedyne co można by było dla nich zrobić to dobić- wszystko wykonane z kiepskich materiałów i byle jak, odpada, odrywa się, zatyka, pęka. Chińczycy nawet stal nierdzewną potrafią zardzewieć.

Kiedy weszłam do naszego (już) mieszkania, od razu wiedziałam, że chcę tu mieszkać. Czysto, jasno, ładnie, przestrzennie, praktycznie, wygodnie. Decyzja zapadła szybko, czas zacząć załatwiać formalności. Wzór umowy (oczywiście dostępny tylko po chińsku) skonsultowaliśmy z zaufanym Chińczykiem i znajomą znajomych znajomych, która pracuje w innym biurze nieruchomości.

wynajem mieszkania w Chinach - negocjacje

Negocjacje warunków wyglądały komicznie gdyż odbywały się w ciszy, za pośrednictwem dwóch komputerów i programów do tłumaczenia: z chińskiego na angielski dla pracownika agencji i z angielskiego na chiński dla nas. Po czterech wizytach w biurze udało się zbić cenę, ustalić krótszy okres najmu, wpisanie do umowy zapisu o odpowiedzialności właściciela za naprawy (to bardzo ważny punkt bo w chińskich mieszkaniach psuje się dosłownie wszystko) i uzgodnić prędkość łącza internetowego. Kolejne pięć razy w ciągu trzech dni przychodziliśmy podpisać umowę bo właściciel odwoływał wizytę, stał w korkach, zmieniał termin, spóźniał się, etc. W końcu upoważnił agenta nieruchomości i ze wsparciem chińskiej znajomej, która przejęła rolę tłumacza, podpisaliśmy dokumenty- nie krwią co prawda, ale też egzotycznie dość bo odciskiem palca!  Łatwo nie było- płynął potok niezrozumiałych słów, a gdy pytaliśmy tłumaczącej koleżanki o co chodzi, krzywiła się mówiąc „o nic, ten koleś jest po prostu głupi”. Zapłaciliśmy kaucję, czynsz, budżet na rachunki i prosimy o klucz a klucza… nie ma, będzie jutro o 15:00. Nie ma o 15:00, 19:00 ani 20:00. Tomek rozzłoszczony ciągłymi pielgrzymkami do biura (za każdym razem dzwonią do niego żeby przyszedł, a jak już jest na miejscu przekładają spotkanie) ustala, że pracownik agencji przyniesie nam klucz do hotelu, w którym ja właśnie umieram śmiercią tragiczną zadaną przez pomidora. Po 21:00 dzwoni (agent,mieszkania w Chinach nie pomidor), że nie może trafić, trzeba iść znowu. Przekazanie kluczy (a właściwie klucza bo właściciel zapomniał o drugim, karcie do bramy a także kodu do domofonu) okazuje się odbiorem mieszkania z prawdziwego zdarzenia, z inwentaryzacją (po chińsku) i krótką instrukcją obsługi niektórych urządzeń (po angielsku na szczęście). Do pokoju przelewa się woda z kuchni- chyba pękła jakaś rura. Nasz gospodarz deklaruje się, że zostanie na noc (jest już po 22:00) i rano dopilnuje by zreperowano usterkę. Czyli klucza dziś jednak nie dostaniemy.

Nadchodzi kolejny dzień, wieczorem powinniśmy być w Hong Kongu żeby złapać samolot do Bangkoku. W tak zwanym międzyczasie musimy się przeprowadzić. Pakujemy dobytek i wczesnym popołudniem idziemy do agencji w nadziei, że właściciel uporał się z awarią i zostawił dla nas klucz. Nie ma ani klucza, ani zrozumienia, chłopak z agencji myśli, że zatrzasnęliśmy klucze w mieszkaniu, gdzieś dzwoni. Zirytowani idziemy sami sprawdzić czy kluczy nie ma na recepcji budynku. Nie ma bo nasz gospodarz ciągle jest w mieszkaniu, w przeciwieństwie do hydraulika- rura dziurawa, woda zakręcona, czas ucieka. Kiedy przewozimy rzeczy, przychodzi majster- przygląda się, stuka, puka, wychodzi. Wraca po godzinie i… znów to samo. Gdy kolejny raz wychodzi „po narzędzia” właściciel mieszkania łapie się za głowę i powtarza „crazy, crazy”. Crazy, bo musimy już spieszyć się na samolot, a tu ani narzędzi, ani hydraulika. Landlord i nasze rzeczy zostają dopilnować naprawy, a my lecimy do Tajlandii z kartką, na której po chińsku napisał by recepcjonista po powrocie wydał nam klucz.

Kilka dni później udało nam się odzyskać od śpiącego pod przybasenowym prysznicem (to chyba najbardziej osłonięta od wiatru część podwórka) ochroniarza klucze, rura zreperowana, wszystko działa. Sprzęt, który podejrzewaliśmy o bycie zmywarką do naczyń okazał się wyparzarką, a w pralce nie ma jak zamontować rury odpływowej (pralka stoi we wnęce, wyjście rury odpływowej ma z tyłu przy ścianie, a żeby wysunąć pralkę trzeba by było wyrwać nierozbieralny kranik, zapewne zamontowany już po jej wstawieniu) więc leje się z niej na podłogę (niby do odpływu spływa, ale jakoś nie mogę się oswoić z tym wirem na podłodze). Dameisha
Okna stukają przy większym wietrze (a mieszkamy nad morzem więc wieje), drzwi się we framugę nie mieszczą, umywalka się czasem zatyka i obudowa plafonu spadła na mnie ostatnio, ale jest nam tu bardzo dobrze i widząc zmagania znajomych szukających w okolicy mieszkania, wiemy, że mieliśmy sporo farta.

Dziś złapałam się na tym, że śpiewam pod prysznicem. Co prawda to był „Dziwny ten świat” Czesława Niemena (w sumie czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce do zaśpiewania tych słów niż Chiny?), ale to oznacza, że zaczęłam czuć się tu już jak w domu. widok z oknaWieczorem idziemy na badmintona, wcześniej pyszne pierogi z ciasta cienkiego jak pergamin maczane w sosie sojowym z drobno siekanym czosnkiem i chili, jedzone, rzecz jasna, pałeczkami. Wsiąkamy! Wciąż jednak bardzo po europejsku zamykamy drzwi mieszkania, w przeciwieństwie do Chińczyków, którzy w wyniku swojego zamiłowania do przeciągów notorycznie zostawiają je otwarte na oścież. Zamykamy również okna, jeśli nam zimno, okna, przez które widzimy „wywietrzonego” sąsiada pichcącego kolację w kurtce puchowej. Co kraj to obyczaj.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 komentarzy do “Home, chinese home