Komunikacyjne kalambury 14 komentarzy


kalambury

Chińczycy, jakich jako podróżnik spotykasz na swojej drodze, dzielą się na tych, którzy mówią po angielsku bardzo słabo i na tych, którzy… nie mówią wcale. Oczywiście z druzgoczącą przewagą tych drugich. Znajomość obcego języka jeśli w ogóle występuje, z reguły ogranicza się do znajomości podstawowego słownictwa-  konstrukcja gramatyczna, wymowa, akcent, pozostają rodzime.  Powstaje w ten sposób swoista językowa hybryda- rozszyfrowywalna dopiero po pewnym czasie, w wyniku osłuchania się i wytrenowania umiejętności kojarzenia i… zgadywania. Bo o ile łatwo się domyślić co autor zdania „I eat fish yesterday in you hotel” miał na myśli, to usłyszeć, że właśnie TO powiedział, jest niezwykle trudno.  Zostawmy jednak chinglish i skupmy się na tej istotniejszej grupie- Chińczykach, których znajomość  języka angielskiego ogranicza się do „heloł” i „senkju”.

Dzielą się oni na tych, którzy chcą cię zrozumieć/pomóc/współpracować i na tych, którzy nie mają na to najmniejszej ochoty, (częściej) boją się lub/i  z góry zakładają, że to niemożliwe. Chińczyków, z którymi nie ma szans się dogadać,  szybko zidentyfikujesz po spojrzeniu. Jeśli oczy twojego rozmówcy wydają się puste i zdaje się patrzeć przez ciebie jakbyś był duchem, prawdopodobnie właśnie tak jest. Nie, że jesteś duchem, ale dla tego Chińczyka nie istniejesz. Prawdopodobnie przeszkadzasz mu w oglądaniu milionowego odcinka łzawej telenoweli lub w obmyślaniu strategii przejścia przez kolejny poziom smartfonowej gry. Wzrok rozbiegany i przerażony też nie wróży owocnej konwersacji. Nieszczęśnik o takim spojrzeniu wcale cię nie słucha, jest zbyt zestresowany zaistniałą sytuacją (nie codziennie jakaś blada twarz z wielkimi oczami i jeszcze większym nosem go zaczepia) i zajęty planowaniem ucieczki. Niezwykle często wciela plan w życie. Nie bądź zdziwiony gdy kelnerka stojąca dwa metry dalej udaje, że cię nie widzi i nie słyszy mimo, że niemal krzyczysz i wymachujesz rękami jakbyś tonął. Za chwilę schowa się za kwiatem doniczkowym i będzie udawać niewidzialną. Szkoda twojego czasu i jej nerwów, nic nie wskórasz.

Oczywiście możesz nauczyć się chińskiego (to jest zawsze i wszędzie najlepsze, ale i najtrudniejsze rozwiązanie) tylko pytanie, którego? Urzędowym językiem w Chinach jest mandaryński, jednak w zależności od prowincji, zwykli ludzie, czyli taksówkarze, tuk- tukarze, uliczni przedawcy, kelnerzy, obsługa hoteli, mieszkańcy wsi etc. (a przecież to z nimi będziesz miał do czynienia najczęściej) mówią kilkunastoma różnymi językami. W każdym kilka tonów (średnio 4 do 6), które diametralnie zmieniają znaczenie wyrazu (a dokładniej sylaby). I tak na przykład słowo „ma” po mandaryńsku, w zależności od tonu „a” oznacza: matka, konopie, koń, besztać lub jest… pytajnikiem. I tu przypomina mi się anegdota koleżanki, która jest pilotem wycieczek po Azji. Zapytała kiedyś znajomego Chińczyka, czy jeśli siedzą przy stole, na którym stoi imbryk z herbatą i ona wskazując na ten imbryk powie „cha”, ale ze złym tonem, to on naprawdę nie może domyślić się, że jej chodzi o herbatę a nie widelec? („Cha” w zależności od akcentu w mandaryńskim oznacza: herbata, wstawić, biedny, sprawdzać lub widelec). Problem w tym, że nie może. Ot taki kulturowy niuansik. Dlatego żeby zacząć skutecznie komunikować się po chińsku, trzeba mówić naprawdę dobrze. I to w odpowiednim do miejsca aktualnego pobytu dialekcie.

Fani technologicznych gadżetów wskażą jako rozwiązanie problemu smartfonowe aplikacje, które nie tylko tłumaczą, ale i mówią po chińsku. Karty sim są łatwo dostępne, pakiety danych można uruchomić po przebrnięciu przez kilka smsów. W Chinach jest jednak roaming między prowincjami i korzystanie z transmisji danych w jednym końcu kraju, na karcie kupionej w drugim robi się dość drogie, zmienianie kart z uwagi na ich cenę (przypisane pakiety minut) jest bardzo nieekonomiczne, poza tym pamiętajmy, że dla świata (i naszych aplikacji) język chiński to tylko mandaryński, dla Chińczyków niekoniecznie i w wielu częściach Chin (jak już wspominałam) trudno się w nim porozumieć.

Co zatem pozostaje? Kartka, długopis i uniwersalne międzynarodowe kalambury. Niezbędny jest jeszcze Chińczyk, który nie boi się ciebie i ma ochotę bawić się w zgadywanki. Kartka i długopis służy do przerysowywania (bo przecież dla europejczyka to nie pisanie tylko poważna lekcja rysunku) chińskich znaków. Przerysowujesz znaczki i pokazujesz w taksówce lub na dworcu kolejowym. Jeśli towarzyszy ci  fart i twój rozmówca umie czytać- jesteś w domu. W kalamburach wszystko zależy od twojej kreatywności, chęci i bystrości odbiorcy a także odrobiny szczęścia, potrzebnego by pokazywane symbole nie napotkały ściany różnic kulturowych. Wszak nawet w Europie nie wszędzie kiwnięcie głową w przód i w tył oznacza „tak”. Można pokazywać całym ciałem, można rysować obrazki- tu dowolność. Najważniejsze by ten cyrk był skuteczny. A  właśnie! Musisz przestać myśleć o tym jak o błazenadzie i uzbroić się w cierpliwość. Odkąd zaczniesz traktować ten skomplikowany proces komunikacyjny jak przygodę, jest szansa, że odniesiesz sukces i przy okazji nieźle się ubawisz. Jaka to gimnastyka dla umysłu gdy po narysowaniu krzesła zastanawiasz się jak dodać „balkonowe”. Poczuj ten dreszczyk emocji gdy po pokazaniu gestem dłoni startującego samolotu, jedziesz dziesiątki kilometrów nie mając pojęcia czy kierowca wie, że chodziło ci o lotnisko. No i ta satysfakcja gdy spiesząc się na ostatni pociąg wskazujesz palcem dworzec na mapie, pieczołowicie kaligrafujesz znaczki, próbujesz wymówić „dworzec” po chińsku, ale żaden z 10 taksówkarzy nie chce cię zabrać (bo nie wie gdzie) aż tu nagle jeden z kierowców zaczyna naśladować rękami ruch kół pociągu i wydaje z siebie gwizd parowozu.

Oczywiście czasami zdarzy się, że zamiast pralnię, przechodzień wskaże ci stację benzynową, a twoje „wię-cej kur-cza-ka” zostanie zrozumiane jako ”sam ma-ka-ron” mimo, iż posiłkowałeś się kieszonkowymi rozmówkami. Dzięki temu jeszcze bardziej docenisz swoje komunikacyjne sukcesy (przecież w końcu się uda!) i zbierzesz ciekawy zbiór zabawnych podróżniczych anegdot, którymi będziesz brylował w towarzystwie po powrocie do kraju, a kiedyś może opowiesz wnukom.

sprzedawca batatów

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

14 komentarzy do “Komunikacyjne kalambury

  • Just me

    „aż tu nagle jeden z kierowców zaczyna naśladować rękami ruch kół pociągu i wydaje z siebie gwizd parowozu” – lol 😀 ta wizja będzie mi poprawiać humor conajmniej do końca tygodnia.
    I sporo ciekawych informacji o językach używanych w Chinach.

  • Jezier

    Super tekst. Przypomina mi to akcję w pociągu z Lhasy,kiedy to szefowa wagonu restauracyjnego zamaszystym ruchem nakazała nam opuszczenie knajpiszcza. Na pytanie „why?” odpowiedziała „yes, no, go!!!”.

  • Kuba

    „… i zdaje się patrzeć przez ciebie jakbyś był duchem,” To zabawne, bo nie wiem czy wiesz, ale w kantonskim okreslenie na bialych ludzi to „Gwai lo” co oznacza „ghost person” 🙂 Pozdrawiam cieplo.

  • Weronika

    Małe uściślenie do komentarza Kuby: „gwailo” jest po kantońsku (nawet powiedziałabym, że to kantoński slang :), oznacza obcokrajowca- nieAzjatę i oryginalnie było stosowane obraźliwie – do tej pory niektórzy uważają że ma zabarwienie pejoratywne. Pozdrawiam z Hong Kongu! 🙂

    • Kuba

      Weroniko, przeciez napisalem ze to kantonski 🙂 Bylo obrazliwe ale jak to czesto bywa stracilo swa moc przez lata. A uzywane jest do dzis w potocznym jezyku.Pozdrawiam!

      • Weronika Gomułka

        Aj, nie doczytałam że napisałeś, że po kantońsku – przepraszam! Pewno wiesz, że dalej można tego użyć w obraźliwym kontekście, wystarczy dodać „sei” z przodu: sei gwai lo, cholerny obcokrajowiec (damn foreigner). A najśmieszniejsze, że moi koledzy z biura właśnie w ten sposób klną na swoich klientów, wierząc chyba, że ja nie rozumiem o co kaman, z czego wnoszę, że na mnie też tak mówią za moimi plecami 🙂

  • Karola

    Swietny tekst. Jestem tu dopiero kilka dni, a uwazam, ze Chiny to jedna z najlepszych przygod jakie mi sie w zyciu przytrafily. Po angielsku nie pogadasz co prawda, ale zawsze przydaje sie tych kilka chinskich slow, ktore rozumieja wszyscy, wczoraj wpadlo do slownika nowe „maj dan” (placimy). Metody na migi i rysunkowe mamy tez opracowane. Chociaz i porazki komunikacyjne sie zdarzaja – wczoraj pani pytana o restauracje z sushi poslala nas do McDonalda.

  • tuhajbej

    Właśnie wybieram się do Chin w celach biznesowych i znalazłem Twój blog, jest świetny! Wspaniały język, erudycja i konstrukcja opowieści, czuć, że masz żyłkę podróżniczą, zwracasz uwagę na na naprawdę istotne aspekty.