Wypadkowa zwrotu akcji 13 komentarzy


– Chyba złamałam nogę!

– Jak to?!

– Nie mogę na niej stanąć!

Skuter z włączonym silnikiem leżał na środku drogi, obok na jednej nodze stałam ja w zakurzonym kasku, spod którego lał się pot i łzy. Krew sącząca się z miejsca gdzie jeszcze chwilę temu miałam kostkę lewej nogi, utworzyła małą kałużę.

– No to tyle by było z wakacji- powiedziałam. Sama nie wiem czy do przerażonego T. czy do siebie. Płakałam. Z bólu, bezsilności, za złości. Po chwili obstąpiły mnie dzieci, gdy już zaspokoiły swoją ciekawość próbowały wyrazem twarzy przekazać swoje współczucie. Przechodzień zapytał czy potrzebuję pomocy, zatrzymał się tricykl pełen nastolatków:

– Jedźcie za nami, pokażemy wam gdzie jest lekarz! – ale ja nie chcę do lekarza… Boję się.

W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się ciężarówka. Skutery nie zajmowały już środka drogi, ale nawet stojąc na poboczu zabierały cenną, potrzebną do wykręcania tak ogromnym pojazdem przestrzeń. Maszyna dusiła się i krztusiła podczas kolejnych manewrów, kiedy otworzyły się drzwi szoferki byłam pewna, że zaraz nam się oberwie. Wściekły Filipińczyk wyskakuje z ciężarówki i biegnie w naszą stronę… Zaraz, zaraz? Wściekły? Nie! On trzyma w ręku samochodową apteczkę, zatrzymał się żeby nam pomóc.

W ciągu kilku minut  zaoferowano nam pomoc kilkanaście razy. Przywołuje w głowie wspomnienia analogicznych sytuacji, które miały miejsce w Polsce (zdarzyło mi się dwa razy w życiu zemdleć w miejscu publicznym) i ze smutkiem stwierdzam, że nie spotkały się one z taką reakcją (właściwie nie spotkały się z żadną). I bynajmniej daleko mi jest od narzekania na nasz kraj, ale nie pierwszy raz pomyślałam sobie, że tu, w Azji, człowiek jakoś mniej jest zdany sam na siebie.

Pół godziny później siedzę na tarasie naszego bungalowu w Corong Corong (plażowa wioska sąsiadująca z El Nido) z odkażoną i obłożoną lodem raną. Przede mną pocztówkowy krajobraz: porośnięty zieloną gęstwiną klif odgradzający spokojną zatokę od reszty świata, biały piasek, turkusowa woda, kokosowe palmy i żaglówka na horyzoncie.

widok z "sanatorium"

widok z „sanatorium”

W ręku szklaneczka znieczulającego kokosowego rumu Boracay, a w głowie myśl: „czy to najlepsze czy najgorsze miejsce na czasowe kalectwo?”. Z jednej strony nie umiem sobie wyobrazić lepszego miejsca na sanatorium, na „siedzono- leżące” dnie z książką w ręku. Z drugiej strony tyle mnie ominie, w tyle miejsc nie pójdę, nie wejdę, nie popłynę…

droga w okolicach El Nido

droga w okolicach El Nido

Na drugi dzień upieram się, że wcale nie muszę siedzieć/leżeć i że chcę jechać na wycieczkę. T. wie, że jak uszkodzona baba się uprze to nie ma przebacz, więc nie dyskutuje i pomaga mi się wdrapać na tylne siedzenie skutera. Po kilku kilometrach na nierównej, wyboistej drodze, ból przeszywający moją nogę staje się nie do zniesienia. Rok temu miałam złamaną jedną z kości tej samej stopy i nie bolało aż tak… Łzy jak grochy płyną po twarzy bo już wiem, że T. ma rację- muszę jechać do lekarza.

prywatna przychodnia lekarska

prywatna przychodnia lekarska

W miejscowej przychodni akurat zaczyna się 2-godzinna przerwa obiadowa. Postanawiamy nie czekać i zgodnie z instrukcjami udajemy się do bambusowej chatki na tyłach ośrodka zdrowia, gdzie prywatną praktykę prowadzi doktor medycyny Nestor A. Reyes, jak wynika z tabliczki na drzwiach, dyplomowany chirurg.

doktor Nestor A. Reyes

doktor Nestor A. Reyes

Po chwili, po plastikowym krześle ogrodowym wdrapuję się na leżankę zbitą zapewne z pleców starej szafy, nad którą na skomplikowanej konstrukcji z metalowych rurek, sprężyn i kabli dynda żarówka.

pacjentka na leżance

pacjentka na leżance

Prosto we mnie wymierzony jest stary wentylator, za bambusową ścianą huczy generator dostarczający do gabinetu prąd. Doktor przystrojony w profesjonalną górniczą czołówkę ogląda uraz. Rechoczę ze śmiechu bo okoliczności przyrody wydają się dość komiczne, złamania podobno nie ma tylko mocno zbita kość. Mina mi rzednie gdy widzę skalpel- ranę trzeba oczyścić. A znieczulenie? W ramach znieczulenia dostaję od doktora obietnicę, że będzie delikatny…

Do plażowej wioski wracam bogatsza w antybiotyk, bandaż elastyczny i środki przeciwbólowe. Potraktowana chirurgicznym ostrzem noga zaczyna zmieniać kolory próbując chyba naśladować niebo, na którym zachód słońca rozpoczął właśnie urzekające widowisko.

– A jak mi utną tą nogę?

– To kupimy ci  sztuczną, najlepszą jaka jest.

– Taką odbajerzoną? Z tytanu?

– Co to jest kewlar?

– To taki materiał wytrzymały jak stal, ale dużo lżejszy. Bolidy Formuły 1 buduje się z kewlaru.

– Czyli będę miała nogę wyścigową?

– Będziesz kustykać jak bolid F1.

zachód słońca w "sanatorium"

zachód słońca w „sanatorium”

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 komentarzy do “Wypadkowa zwrotu akcji