Pojechana w Krainie Oz 34 komentarze


Kiedy byłam mała (i pozowałam do zdjęć na lamie), dowiedziałam się, że mogłam urodzić się w Australii- moi rodzice mieli możliwość wyjazdu do przyjaciela, który potrzebował pomocy w prowadzeniu biznesu. Dowiedziałam się też,

mała Pojechana na lamie

że to strasznie daleko, że leci się dwa dni samolotem, że jest gorąco, są pustynie, wielkie fale na oceanie i ogromne pająki. I że gdybym tam się urodziła to wszystko by było zupełnie inaczej. I do dziś pamiętam, że pomyślałam, że w sumie szkoda, bo przecież fajnie jak jest inaczej niż zwykle. I że kiedyś muszę do tej odległej krainy pojechać. Czy ludzie tam chodzą do góry nogami?

Im byłam większa, tym świat się bardziej kurczył. Najpierw była zmiana ustroju i paszporty dla wszystkich, potem wstąpienie do strefy Schengen i nagłe „zniknięcie” europejskich granic.  Wszyscy gdzieś jeździli- na wakacje, na studia, za pracą.  Rodzice na wakacje do Bułgarii, wujek po towar na handel do Turcji, sąsiadka na zakupy do Berlina, nawet za tym wielkim oceanem i w Stanach i w Kanadzie ktoś znajomy był, więc wydawały się bliżej. Sylwester w Paryżu przestał być mrzonką, a Londyn miał się kiedyś stać miejscem wakacyjnej pracy. Coraz pewniej podróżowałam coraz dalej. Tylko ta Australia była wciąż tak daleko!

A jak już dorwało się kogoś komu dane było postawić stopę na czerwonym nieznanym lądzie, miało ochotę się go dotknąć, czy oby na pewno jest prawdziwy- bo przecież ludzie nie wracają z tej miodem i mlekiem płynącej krainy szczęśliwości gdzie wszyscy się uśmiechają bo jest super, ok. i wieczny luz i surfować na falach można po pracy.

Gdy już przestałam być coraz większa, a już tylko coraz starsza, Azja rozpostarła przede mną ramiona w powitalnym uścisku, a coraz gęstsza siatka znajomych rozrzuconych po całym globie i rozwój Internetu sprawiły, że świat kurczył się jeszcze szybciej. A skoro taki mały jest, to czemu ciągle w jednym miejscu tkwić? I tak w drodze ku wymarzonej Australii (pierwszy pomysł na kierunek emigracji), łapiąc okazje jakie rzucił nam pod nogi los, dwie pełne marzeń głowy wylądowały niespodziewanie w… Chinach– tą część historii znacie. Jakby nie było to już ponad połowa drogi, Australia jeszcze nigdy nie była tak blisko! To co, lecimy dalej?

AustraliaTak oto za niespełna dwa miesiące spełni się moje dziecięce marzenie o wędrówce w krainie kangurów, zwanej przez tubylców krainą Oz (Australijczycy uwielbiają zdrobnienia i na siebie mówią Aussie, co wymawia się „ozi”. Jak więc nazywa się kraj gdzie mieszkają Ozi? Oczywiście kraina Oz!), dla małej Oli będącej krainą marzeń. Spędzimy tam z Tomkiem trzy tygodnie (z jednej strony „tylko trzy”, z drugiej… jakie wyczekane!), podróżując wzdłuż oceanu z Gold Coast, przez Sydney, gdzie spędzimy Sylwestra, przez kolejne parki narodowe do Melbourne i dalej Great Ocean Road do Twelve Apostles. Najbardziej nie mogę się jednak doczekać dni spędzonych w Red Center, zachodu słońca w towarzystwie świętej góry Aborygenów Uluru i trekkingu wokół Kings Canyon. Jestem niezwykle ciekawa jakie wrażenie zrobi na mnie Australia i Australijczycy i… co z tego wyniknie 🙂 Motyle w brzuchu już są, cudownie jest spełniać marzenia!

Startujemy 21 grudnia (po drodze jeszcze Singapur!) obiecuję szczegółowe relacje, dużo filmów i jeszcze więcej zdjęć.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

34 komentarzy do “Pojechana w Krainie Oz