Szybka depesza z Australii 7 komentarzy


Czy Wasz czas też ostatnio oszalał? Mój dostał jakiejś wścieklizny i pędzi tak, że aż zadyszki dostaje (zarówno on- ten czas jak i ja). Jakbyście byli ciekawi jak mi minął grudzień to spójrzcie w prawo, następnie zamknijcie oczy i szybko przekręćcie głowę tak, jakbyście chcieli spojrzeć w lewo, jednocześnie mówiąc „ziu”- no to tak właśnie. Przylecieliśmy do Australii i ten wariat (czas) nie zwolnił wcale! Aż do dziś.

To nasz ósmy dzień w krainie słońca, kangurów i uśmiechniętych ludzi. Siedzę na malutkiej plaży w Parku Narodowym Boodree w zatoce Jervis i pierwszy raz mam chwilkę żeby włączyć netbooka. Pierwszy raz mam poczucie, że napatrzyłam się na otaczające mnie piękno na tyle, że nie będzie to przestępstwem gdy na chwilę schylę głowę nad monitorem. Ale naprawdę tylko na chwilę, bo jest przepięknie!

Jervis Bay

No i mamy dzień dziewiąty. Wczoraj nie udało mi się dokończyć posta bo przyszła złota jaszczurka, która siedząc na miedzianym kamieniu udawała, że jej nie ma, bo poszłam zmyć z ciała upał w oceanie, bo przyleciały papugi królewskie, bo znowu ocean skusił chłodem. Potem gotowaliśmy obiad w naszej polowej, rozbieralnej i wszędzie zabieranej kuchni (słowo „kuchnia” jest mocno na wyrost, mimo to serwujemy wyśmienite dania), do którego dołączyły tęczowe papużki (rainbow lorikeets). Po obiedzie poszliśmy na spacer na punkt widokowy na wyspę Bowen zamieszkałą przez małe pingwiny (podobno jest ich ponad 5000 par) więc sami rozumiecie, że musiałam ich wyglądać, a nie gapić się w monitor. W drodze powrotnej na nasz parkingo- kamping kicałam z aparatem fotograficznym za kangurem, w drodze na wieczorny prysznic spotkałam walabie (chyba tak się nazywają te łudząco podobne do kangurów szarych torbacze) i stado kangurów, które pasły się na trawce koło nas aż do kolacji. Na kolację wpadły sprawdzić co jemy oposy-  przeurocze futrzaki, które towarzyszą nam wieczorami już od kilku dni (były w Seal Rocks i w Sydney). Sami rozumiecie, że nie bardzo mam kiedy pisać?

oposy

Dodatkowo bateria w netbooku już na wyczerpaniu, a my mieszkamy w naszym śmiesznym campero-vanie, którego nie udało nam się doposażyć w przetwornicę, nie mamy więc gniazdka. I o ile baterię do aparatu udaje nam się grzecznościowo ładować po drodze w sklepach, restauracjach i na stacjach benzynowych, tak z netbookiem jest problem. Nie będzie więc na razie na blogu miliona zdjęć tych wszystkich cudów, które widzę (sprawdzajcie Pojechanego Facebooka i Instagram gdzie w ramach dostępności Internetu pojawia się fotorelacja z naszej podróży).

Seal Rocks

Powiem tylko jedno- jest cudownie! Australia nas urzekła. Wśród spektakularnych krajobrazów, dzikich zwierząt na wyciągnięcie ręki (ale nie wyciągamy oczywiście) i przemiłych ludzi (zdanie „wszyscy Australijczycy są uprzejmi, pomocni i uśmiechnięci” jest, jak wynika z naszych doświadczeń, naprawdę tylko małym uogólnieniem) czujemy się doskonale. Nasz wstępny plan podróży udaje nam się realizować bez żadnych przeszkód- aż dziw, bo był bardziej wstępny niż był planem. Wyjątkiem był pechowy dzień podczas którego pękły mi okulary, potem minimalnie pękł samochód, który następnie zgubiliśmy gdyż zagadani nie zakodowaliśmy sobie w głowach, w której uliczce go zostawiamy. Gdy po ponad godzinie błąkania się po uliczkach Coogee  znaleźliśmy go, byliśmy przekonani, że to koniec wrażeń, ale nie… Kilkadziesiąt kilometrów dalej pękła… opona. Całe szczęście okazało się, że olejek do opalania z powodzeniem może zastąpić WD40 w walce z zaśniedziałymi śrubami. No ale co to by był za wyjazd gdyby nie było takich przygód!

zmiana koła

Byliśmy już w Brisbane gdzie wspaniale nas ugościli Julia i Sam (sprawdźcie koniecznie bloga Julii: www.whereisjuli.com), potem w pobliskim Lone Pine Koala Sanctuary gdzie trzymając koalę na rękach pobeczałam się ze szczęścia (pokażę Wam zdjęcia jak tylko będę miała techniczne  możliwości), skąd coraz bardziej krętą drogą dojechaliśmy do hipisowskiej miejscowości Nimbin, gdzie spaliśmy na przejściu dla dzikich zwierząt (wszystko wyjaśnię, opiszę, pokażę Wam jeszcze- obiecuję). Kolejny dzień zaczęliśmy od kąpieli w wodospadach Hanging Rock Falls, po przystanku na odwiedzenie słynnej latarni morskiej w Byron Bay zatrzymaliśmy się na Condi Beach. Potem przez Coffs Harbour pojechaliśmy do Parku Narodowego Myall Lakes , gdzie w Seal Rocks spędziliśmy dwa dni spacerując po najbielszych plażach jakie kiedykolwiek widzieliśmy i biwakując z posumami (to takie szopo- podobne zwierzaki). Potem było Sydney i okolice czyli Palm Beach, Whale Beach, Manly, zwiedzanie miasta i spacer klifowym wybrzeżem przez kolejne plaże z Coogee do Bondi. Teraz jesteśmy w Parku Narodowym Boodree w zatoce Jervis gdzie spontanicznie zdecydowaliśmy przywitać Nowy Rok. Sylwester na dzikiej plaży- czujecie to?! Uzbroiliśmy się już nawet w szampana. Potem ruszymy w stronę Melbourne, ale o tym opowiem Wam jak ikonka baterii netbooka pokaże kilka kresek zamiast jednej. Do usłyszenia!

Ciekawi co było dalej? Sprawdźcie kolejną część relacji „na szybko” z Australii: Pozdrowienia z Melbourne.

Ciekawi szczegółów australijskiej podróży? Dokładną relację znajdziecie tu: Australia 2013/2014.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

7 komentarzy do “Szybka depesza z Australii