Zawsze po drugiej stronie oceanu 36 komentarzy


Gdy po niemal roku od przeprowadzki do Chin, splot okoliczności i możliwości zdecydował o mojej wizycie w Polsce, cieszyłam się jak dziecko. Tęskniłam za przyjaciółmi, rodziną, kotami, smakami, moimi miejscami, rytuałami pozostawionej w Warszawie codzienności.

Przyleciałam, było radośnie i intensywnie. Powoli jednak zdawałam sobie sprawę, że wielu moich małych spraw, za którymi tęskniłam, już nie ma. Bo tak jak ja podjęłam decyzję o przeprowadzce na drugi koniec świata, tak i moi bliscy (całe szczęście!) w miejscu nie stoją i również różne ważne, zmieniające bieg życia, decyzje podejmują. Rodziny zakładają i firmy, prace zmieniają, domy budują, psy przygarniają, wyjeżdżają, uczą się, rozwijają. I choć dalej jesteśmy sobie bliscy (nie, że ot tak, z automatu, dbamy o to), to ta nasza wspólna codzienność będzie już inna. I tak jak zwykłym trybem wchodziłabym w te zmiany razem z nimi stopniowo, tak tu spadają na mnie skondensowane, jak grom z jasnego nieba. Bo wiedzieć, słyszeć, rozmawiać, to jednak zupełnie co innego niż zobaczyć, dotknąć, poczuć. Okazało się, że nie byłam na te zmiany do końca gotowa.

Poza tym mój pobyt w Polsce wydłużył się znacznie (dlaczego pisałam TU), euforia powitań opadła, wakacje się skończyły, wszyscy przyjaciele zostali wyściskani, wszystkie smakołyki zjedzone, nastała proza życia. I nagle się okazało, że mi nudno! Za zwyczajnie tak jakoś! I wątpliwości miałam czy cieszyć się, że zwyczajność, która kiedyś była przyjemną codziennością (przecież ja uwielbiałam swoje polskie życie) mnie nuży? Bo może ja sobie krzywdę zrobiłam tym doświadczeniem tak monstrualnej inności jaką jest chińskie życie? Może już zawsze będę chciała bardziej, mocniej, inaczej, do góry nogami, na odwrót, pod prąd? Tęskniłam za Chinami.

Wróciłam do Shenzhen i rozmyślałam czy tęsknota za Polską nie jest tęsknotą za czymś, czego już nie ma. Kolejny przyjazd do Warszawy (po półtora roku emigracji) niemal do ostatniej chwili wzbudzał we mnie obawy. Przyleciałam i… znowu były gorące powitania, przegadane noce, dużo ciepła, miłych gestów. I choć smak mi się już zmienił i wiele dawnych przysmaków nie smakuje wcale, i choć mój polski świat zmienia się cały czas, często nie do poznania (co nie napawa mnie już lękiem, a wręcz fascynuje!), i choć podczas pobytu w Polsce tęsknię za moim chińskim światem, to wreszcie rozumiem, że za sprawą emigracji nic co można było zachować (bo przecież żaden świat w miejscu nie stoi) nie straciłam, a wiele zyskałam. Jakby alternatywną rzeczywistość, drugie życie!

Samolot startował z warszawskiego Okęcia, a mi łezka wzruszenia zakręciła się w oku z tego ciepła pożegnań, które miałam w sercu i z radości na powitania, które na mnie czekały. Tiziano Terzani napisał: „Jeśli choć raz przekroczysz ten ocean, to już zawsze będziesz po jego złej stronie” i ze mną tak właśnie jest. Gdy jestem w Polsce, tęsknię za Chinami, w Chinach tęsknię za Polską. Ale te tęsknoty miłe są teraz, gdy już je rozumiem, gdy doceniać je się nauczyłam. Miłe, bo wciąż mi przypominają jak wiele do zaoferowania mają te dwa zupełnie odmienne miejsca na ziemi. Moje dwa końce świata. Dwa domy. Dwie bazy. Dwa porty. Dwie przystanie.

emigracja - podróże - refleksje

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

36 komentarzy do “Zawsze po drugiej stronie oceanu