Książka: Pisane słońcem – KONKURS! 18 komentarzy


Pisane słońcem” Maćka Roszkowskiego to historia jego podróży przez Chiny, Kirgistan, Kazachstan, Japonię, Malezję, Indie, Tajlandię, Laos i Tajwan. Nie jest to jednak typowy dziennik drogi, a raczej zapis emocji towarzyszących odkrywaniu nieznanego zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz siebie. To zbiór historii spisanych poetyckim, momentami mistycznym stylem. Historii, które w moim odczuciu wspaniale oddają sens podróżowania powolnego i głębokiego. Autor wchodzi między ludzi, stara się wczuć w rytm ich codziennego życia. Skręca w boczne uliczki, by gubiąc się w nich,odnaleźć esencję odwiedzanych miejsc. Rozmawia, słucha, patrzy, próbuje. Ze zrozumieniem i szacunkiem dla inności.

Na okładce książki przeczytamy, że Maciek Roszkowski „Wie, jak to się stało, że japońskie koguty uratowały świat przed ciemnością, gdzie Śiwa tańczy, gdzie mieszkają duchy i w jakim miejscu chciałby umrzeć. W stukoczących wagonach kolejowych, słuchając szumu ogromnego oceanu, wśród rechotu trop­­­­ikalnych żab czy pośród buzującej, olbrzymiej azjatyckiej metropolii spisywał swoje doświadczenia”. Wie też jak brzmi nocą deszczowy las, jak rozpoznać dom, w którym mieszka rozzłoszczony duch i gdzie najprościej znaleźć w Chinach dentystę.

Pisane Słońcem

Dla mnie w Maćku najciekawsze jest jednak to, czego nie wie. A dokładniej sposób w jaki dąży do odnajdywania odpowiedzi, które rodzą kolejne pytania. A jest czujnym i wrażliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, jakby odmienna, od świata do którego przywykł, ona nie była.

Całości dopełniają piękne zdjęcia- choć to, co przedstawiają, nie zawsze uchodzi za piękno w naszym zachodnim świecie. „Pisane słońcem” przypomina, że nasza perspektywa nie jest jedyną słuszną i prawdziwą. To dobra lektura, aż żal trochę, że tak szybko się kończy.

Pisane słońcem

autor: Maciek Roszkowski

wydawca: Axis Mundi 

data premiery: 16.04.2014

KONKURS

Mamy dla Was z Maćkiem niespodziankę: dwa egzemplarze „Pisane słońcem” z jego autografem (i malutkim upominkiem od Pojechanej). Wystarczy, że w komentarzu pod wpisem (na blogu, nie na Facebooku!) opiszecie zachód słońca, który najbardziej zapadł Wam w pamięć. Macie na to czas do 18 maja (do północy czasu polskiego). Potem szybkie losowanie i 19 maja znajdziecie wyniki konkursu na blogu i na profilu FB Pojechanej.

Powodzenia!

WYNIKI KONKURSU

Pojechana maszyna losująca ma przyjemność ogłosić, że książki „Pisane słońcem” trafią do:

  • Paweł (Egipt),
  • Kamila (Austria).

Zwycięzców proszę o sprawdzenie skrzynek mailowych, a wszystkim uczestnikom dziękuję za cudowne opisy zachodów słońca! Natchnęły mnie do przygotowania galerii moich najpiękniejszych schyłków dnia, którą znajdziecie TU.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 komentarzy do “Książka: Pisane słońcem – KONKURS!

  • Wojciech

    Mi najbardziej w pamięć zapadł zachód słońca w Alpach. Byłem już w hotelowym pokoju ( a ten hotel został wybudowany na szczycie góry i z pokoju roztaczał się przepiękny widok na tamtejsze miasteczko ) kiedy słońce zachodziło. Wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem przepiękny zachód słońca, które chowało się za górę i ostatnimi promieniami oświetlał dolinę. 🙂

  • Kinga

    Mimo, iż dane mi było odwiedzić już kilka ciekawych miejsc uważam, że największe podróże wciąż jeszcze przede mną, zgodnie ze starym porzekadłem: ,,Wszystko co najlepsze jeszcze przed nami”. Pośród wielu zachodów słońca, które cieszyły moje oczy w pamięci zapisał się ten jeden, przepiękny, polski koniec dnia. Miało to miejsce w rodzinnej miejscowości mojej babci, gdzie spędziłam swoje dzieciństwo. Wokół unosiła się woń wiosennej roślinności oraz odgłosy ptaków, które krążyły nad polami w poszukiwaniu pożywienia. Wyszłam na wieczorny spacer i w pewnym momencie moim oczom ukazały się przepiękne barwy towarzyszące słońcu w jego ostatnich chwilach nad horyzontem. Były wśród nich odcienie żółci, czerwieni i fioletu. Poczułam, że wracają chwile i wspomnienia, zupełnie jak wtedy, kiedy byłam kilkuletnią dziewczynką. Zrozumiałam również, że czasem wystarczy mała podróż do korzeni, abyśmy poczuli się w pełni szczęśliwi i spełnieni.

  • Paweł

    Pierwszą egzotyczną podróż odbyłem do Egiptu. Jeden z noclegów był w hotelu w Luksorze, nad brzegiem Nilu. Widok zachodu słońca nad wzgórzami po zachodniej stronie Nilu i sama rzeka, po której wolny płynęły statki i feluki. Był to cudowny widok i bardzo romantyczny. Wtedy zakochałem się w Egipcie.

  • Krzysztof

    Zachód słońca, który najbardziej zapadł mi w pamięć to zachód słońca na Giewoncie.Żadna chwila nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak czas, gdy słońce chowa się za górami, a szczyty i niebo zalewa słoneczna barwa, jak pożar na horyzoncie.To była najwspanialsza chwila w górach, na którą zawsze czekałem z utęsknieniem.Moment, kiedy ostatnie promienie słońca muskały skały i krzyż na Giewoncie był znakiem do zejścia.Ponad godzinę delektowałem się tym rozkosznym widokiem, jakie odsłoniła mi matka natura.Góry, przyroda i pogoda zgodnie ukazały mi swoje największe piękno.

  • Mona

    Zachodów Słońca widziałam już milion ale chyba taki najbardziej zapamiętany w mojej pamięci to ten nad polskim morzem. Gorące lato, pusta plaża, szum fal i ja z moim ukochanym. Plaża w małej miejscowości w związku z tym byliśmy tam tylko we dwoje w obrębie kilku kilometrów do następnych plażowiczów,,,
    złoty piasek, nogi na wpół zanurzone w morzu z butelką pysznego wina i wpatrzeni w kolorowe zachodzące słonce,,, niebo było barwą kolorów od pomarańczowego przez róż i złoto…

  • lady a.

    zachód słońca jest piękny kiedy spełnione są dwa warunki:
    1. jesteś w miejscu, które jest dla ciebie piękne – to może być miasto, góry, rzeka, łąka… nie ma to większego znaczenia jeśli nie zostanie spełniony pkt. 2
    2. jesteś z kimś, kto jest dla ciebie ważny – to może być ktoś bliski: przyjaciel, miłość twojego życia albo ty sama (bo zachód słońca w samotności też może być piękny)

    mój najpiękniejszy zachód słońca widziałam całkiem niedawno. siedząc na klifie, patrząc na ocean i patrząc jak słońce chowa się za cliffs of moher. i nie dlatego, że jest obiektywnie bardziej urodziwy niż te, które widziałam w innych miejscach świata, ale dlatego, że po raz pierwszy od bardzo dawna oba wspomniane warunki zostały spełnione – byłam w pięknym miejscu, z pięknym człowiekiem i z piękną sobą i patrząc na ten wspaniały zachód mogłam powiedzieć sobie: „jestem szczęśliwa tu i teraz”

    http://instagram.com/p/nEM6STzU0v/

  • eve marie

    Jeden z najbardziej malowniczych zachodów jakie widziałam miał miejsce w Anglii. Razem z moim znajomym wybraliśmy się na małą wyprawę pociągiem parowym. Gdy już wracaliśmy do domu, w oddali zachodziło słońce. Stwierdziliśmy, że to chyba jeszcze nie czas, żeby wrócić do domu i wybraliśmy się na wzgórza niedaleko miasteczka Salisbury, aby wspólnie podziwiać ten widok. To miejsce było magiczne, jak zresztą wszystkie okolice Salisbury, które skrywają magiczne historie. Miejsce gdzie siedzieliśmy, było pradawną osadą, po której pozostały tylko wały ziemi świadczące o obecności ludzkiej tysiące lat temu. Być może to oni zbudowali Stonehenge? Być może siedzieli dokładnie w tym samym miejscu, tysiące lat temu, oglądając inny zachód słońca. Być może tam też urodziła się czyjaś miłość…

    Byliśmy tylko my, ta złota godzina, odległe słońce i najlepszy cydr jaki w życiu piłam.

    Chyba najpiękniejszy moment jakikolwiek pamiętam. A obrazując, wyglądało to tak: http://www.evemarie.li/wp-content/uploads/2013/09/DSC_2114.jpg

  • Dorota

    Opustoszały parking, korony drzew, przepiękne kisielowe niebo, i słońce , którego już nie widać, uczucie pustki, łzy w oczach, wyczekiwanie i nos przyklejony do zimnej szyby. Do załączonego obrazka proszę dokleić mnie mającą 10 lat i szpitalne mury.
    Mimo wielu przepięknych zachodów słońca jakie widziałam, ten najbardziej zapadł mi w pamięć.

  • Magdalena

    Wiele takich zachodów było. Oj wiele! Od mazurskich począwszy, z unoszącą się nad łąkami wieczorną mgłą, kiedy właściwie nie wiadomo, czy raczej podziwiać zachód słońca, czy tłuc żarłoczne komarzyska. Przez polskie i niepolskie góry, oraz polskie i niepolskie morza 🙂
    Ale opowiem o jednym. Tym na Pointe du Raz, czyli najbardziej wysuniętym na zachód krańcu Bretanii. Dlaczego właśnie ten zachód słońca zapadł mi w pamięć? Bo był 🙂 Kto zna Bretanię, wie że pocztówkowe wschody i zachody nie trafiają się tam często. Bretońską pogodę najlepiej opisuje obrazek, na którym – stojąc w strugach deszczu – jedna starsza Bretonka mówi do drugiej: „- Od razu można poznać, że już lato. Deszcz jest mniej zimny.”
    Tego dnia padało tylko nad ranem. Wieczór był piękny, bo silny wiatr przegonił chmury. Można było siedzieć, wpatrywać się w ocean tłuczący o skały, odległe wyspy i starać się nie dać zwiać do wody, bo wiatr jednak nie dawał za wygraną.
    Można zapytać: No dobrze, ocean, skały i trochę słońca. Co z tego? Otóż dużo. Bretania to dla mnie miejsce wyjątkowe. Pełno tam dzikich zakamarków, skalistych wybrzeży, gdzie ocean i wiatr hulają ile wlezie (a w tym roku szczególnie, bo jak nie powódź, to huragan), omszałych megalitów, kromlechów, legend związanych z diabłami, świętymi, powiązanymi do tego z przesądami o celtyckim rodowodzie. Kiedy tak siedziałam na skałach i starałam się z nich nie zsunąć, miałam przed sobą zachodzące słońce, akurat za latarnią morska stojącą na samotnej skale. Lekko po lewej delikatne zarysy wyspy Ile de Sein, a po prawej urokliwą i cichą Zatokę umarłych. Ponura nazwa wzięła się podobno stąd, że morze wyrzucało tu wyjatkowo dużo ciał rozbitków, ale miejscowi badacze wiążą ją raczej ze starymi celtyckimi zwyczajami, które nakazywały wywozić zmarłych na wyspy. Właśnie stąd miały wypływać łodzie. Gdzieś w tych wodach powinno też leżeć legendarne Ys. Miasto, które ocean pochłonął pewnej burzliwej nocy z winy diabła i królewskiej córki.
    O tym wszystkim można tam sobie spokojnie* myśleć, mając zachodzące słońce przed nosem i bretońskie maślane ciastko w dłoni. Bo prawda jest taka, że nie tylko o ocean, skały i folklor tu chodzi. Zaprzedałam duszę Bretanii za karmelki z solonego masła i kouign amann** 🙂

    *spokojnie – w tym konkretnym przypadku oznacza kurczowe trzymanie się skały, w dobrze zawiązanym kapturze, żeby uszy nie odleciały z wiatrem
    ** Bardzo ciężkie, tłuste bretońskie ciasto. Oczywiście na maśle. Na duuuużej ilości masła 🙂

  • Ilona

    Mi najbardziej zapadł w pamięci zachód słońca w mojej rodzinnej miejscowości znajdującej się koło Łodzi. Jasne te zagraniczne też są super ale ten „nasz-polski” był niesamowity. najpierw przez pół dni lał deszcz, były pioruny, a po wszystkim niebo się uspokoiło a zachodzące słońce oblało moją miejscowość pięknymi różowo-fioletowo-granatowymi kolorami. Piękni się to komponowało z chmurkami, które pozostały na niebie i stworzyły niesamowitą mozajkę na niebie, a wszystko dopełniła linia dachów budynków z wybijającym się ponad nie kościołem.

  • Aneta

    Jeśli zachód słońca to tylko w górach. I obojętnie jakich. W swoim życiu zdążyłam podziwiać ich już kilkanaście w otoczeniu bardziej lub mniej skalistych szczytów i każdy z tych zachodów słońca wywierał na mnie tak samo piorunujące wrażenie, dlatego nie umiem ocenić, który był najbardziej ujmujący. Pewniakiem jest tylko to, że w górach jesteśmy bliżej nieba, bliżej słońca, dlatego bliżej nam też do rozckliwienia się i docenienia cudów natury, a w tym różowo-brzoskwiniowego sklepienia, które jest oznaką, że czas pożegnać się z dniem 🙂

  • Karolina

    Mój najpiękniejszy zachód słońca ukazał się kilka miesięcy temu nad jednym z polskich blokowisk. Pamiętam, że był to chłodny jesienny wieczór, a ja wracałam do domu po dniu spędzonym na uczelni. Byłam w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów od ukochanej osoby, a jeszcze parę tygodni wcześniej beztrosko podróżowaliśmy razem po Azji. Znienawidzona przeze mnie zima zbliżała się wielkimi krokami i właściwie nie miałam żadnych powodów do radości. I wtedy pomyślałam sobie, że dobrze mieć takie zachody słońca jak ten, gdy niebo zmienia się w paletę pastelowych barw. Gdzie róż miesza się z błękitem i fioletem. Ten widok był jak nagroda dla wszystkich wracających po ciężkim dniu pracy. I nawet blokowisko nie wyglądało już tak strasznie. I do lata było jakby trochę bliżej.

  • Kamila

    Najbardziej w pamięci utkwił mi nie zachód, ale wschód słońca kilka lat temu na winobraniu w niewielkiej austriackiej miejscowości nieopodal Krems. Do tamtej pory nie przypuszczałam, że wschody słońca mogą być aż tak piękne. Miałam wrażenie, że świat zatrzymał się na moment, by utonąć w odcieniach różu i pomarańczy pisanych słońcem po jesiennym niebie. Myślisz wtedy tylko jedno- warto było wstać o 5.00, żeby w taki sposób zacząć dzień.

  • Dominika Lis

    Prom z wyspy Lombok na Sumbawę. Startuje godzinę przed zachodem słońca, 23go lutego 2014.

    Na horyzoncie przed nami feeria barw. Wielkie szyby pozwalają podziwiać słońce chowające się za rozrzucone gdzieniegdzie wyspy. Tafla wody nabiera pomarańczowo – purpurowych odcieni. Płonące niebo pochłania kolejne połaci błękitu. Ubarwiają je magicznie skonstruowane konstrukcje chmur.

    Nagle czuję, że nastrój na mostku się zmienia. Załoga poważnieje. Kapitan patrzy na mnie porozumiewawczo i mówi – słuchaj, przepraszam, ale teraz musimy być przez jakiś czas cicho. Jeden z mężczyzn podchodzi do specjalnego, umiejscowionego z boku, mikrofonu i zaczyna śpiewać. Wszyscy milczą. Stoją lub siedzą w nabożnym skupieniu. Patrzą na zachodzące słońce i śpiewają. I wtedy to czas się zatrzymuje.

    Obraz mi się wyostrza, wyraźnie widzę kształty, sylwetki. Tempo zwalnia. Słyszę każdą nutę. Oprócz przejmującego głosu modlącego się mężczyzny, z zewnątrz nie dochodzi nawet szmer. Ogarnia mnie spokój, nie myślę o tym, że czas biegnie, co będzie dalej. Jeden moment wyraża nieskończoność, a cienie i kolory zlewają się we wspólną całość. Tej chwili niczego nie brakuje.

  • Ewa

    Choć nie najpiękniejszy to zdecydowanie najlepszy. Dość odludna plaża Tajlandii, kwiaty, które po zachodzie zamykają się na noc, wielkie fale i szum morza. I do tego wszystkiego piękny zachód słońca. Pewnie bym go nie pamiętała, gdyby nie jedno zdjęcie. W radosnym podskoku. Zdjęcie, które stoi na półce, zamyka moją mini-książkę i zawsze przypomina najwspanialszą dotychczasową podróż.

  • Marlena

    Zachód słońca … widziałam wiele pięknych w Polsce, za granicą, ale największe wrażenie zrobił na mnie ten „mój” zachód widziany po raz pierwszy z okna MOJEGO małego, ale pięknego mieszkanka … „Przedstawienie” kolorystyczne jakie zrobiło słońce odebrałam jako znak dla mnie…znak,że jestem we właściwym miejscu i że będzie dobrze bez względu na wszystko… i tak jest 🙂