Zmiany zwane życiem 50 komentarzy


Los lubi zakręty, czasem tak ostre, że można niepostrzeżenie wypaść z obranego wcześniej toru, czasem wystarczy większy wybój. Na szczęście z biegiem lat i zbieranych doświadczeń, nauczyłam się nie siedzieć bezczynnie na poboczu drogi, z której mnie właśnie wyrzuciło. Wiem już też, że nie zawsze można na nią wrócić, czasami trzeba skręcić w bok i wydeptywać sobie nową, własną ścieżkę, co właśnie od niedawna robię, w pojedynkę.

Początkowo mój spanikowany umysł wymyślał coraz to bardziej spektakularne sposoby ucieczki przed dopadającą mnie znienacka, całkiem nową rzeczywistością. Chciałam ruszyć w wielomiesięczną podróż bez żadnego planu, albo przenieść się do jakiegoś jeszcze bardziej egzotycznego kraju, rzucić wszystko, wszystko zmienić. Jednak, gdy odrobinę ochłonęłam, doszukałam się pierwszego pozytywnego aspektu tej zupełnie nowej sytuacji. Otóż uświadomiłam sobie, że ja naprawdę lubię Chiny, dobrze się tu czuję i chcę tu zostać jeszcze trochę (wciąż nie wiem jak długo) choćby po to, by skończyć książkę, nad którą pracuję od jakiegoś czasu. Przypomniałam sobie, że tylko ode mnie zależy czy będę tu i teraz szczęśliwa, że muszę tylko zbudować sobie od nowa swój mały świat w tym wielkim mieście. Podwaliny już miałam- swoje „to chcę” i „tego nie chcę”, grono sprzyjających mi ludzi i zaliczony podstawowy kurs przetrwania w chińskiej miejskiej dżungli- uważam, że to sporo jak na początek.

chińskie osiedle

Przeprowadziłam się do centrum Shenzhen, na typowo chińskie wielkomiejskie osiedle. Zamieszkałam w dwudziesto siedmiopiętrowym mrówkowcu pełnym ludzi, labiryntów i karaluchów (w ramach rekompensaty jest basen). Blok jest tak wysoki, że aby stojąc na balkonie dojrzeć jego szczyt, muszę zadrzeć głowę najbardziej jak potrafię. Moje mieszkanie, dzielone z pięcioma osobami z różnych stron świata, znajduje się na czwartym piętrze. Cyfra cztery uchodzi w Chinach za najbardziej pechową, ale jako, że na szczęśliwym ósmym mi się ostatnio nie poszczęściło, wzięłam to za dobry omen.

widok z okna

Podwórkowe bambusy  dorastają tu do siódmego piętra. Z okna widać park, nad którym nocą szybują oświetlone kolorowymi diodami latawce. Jego centralnym punktem jest góra, na której szczycie dumnie pręży pierś olbrzymia kamienna postać Denga Xiaopinga. To dość szczególna atrakcja- obserwowanie Chińczyków tłumnie robiących sobie zdjęcia i składających kwiaty pod pomnikiem polityka odpowiedzialnego za masakrę na Placu Tiananmen. Nikomu to zdaje się nie przeszkadzać, tu jest traktowany jako ojciec- założyciel Shenzhen (to on podpisał dokument tworzący specjalną strefę ekonomiczną).

Shenzhen

W ciągu dnia na podwórku tętni życiem kolorowe targowisko. Sandały z brokatowej gumy, żeliwne wooki, elastyczne skarpetki, w których cuchną stopy. Warzywa, owoce, zegarmistrz, krawiec, pikantna papryka nadziewana mięsem mielonym. Kakofonia dźwięków wydawanych przez automaty dla dzieci, w które zaciekłe uderzają dziadkowie, w nadziei na nagrodę dla wnuczka. Babcia wysadza dziewczynkę przed głównym wejściem do osiedlowego supermarketu, strumień moczu rozpryskuje się o szczebelki kratki ściekowej, wokół biegają dzieciaki z gołymi tyłkami wyglądającymi wesoło z dziury w majtkach. Wieczorem na pobliskie alejki wylewa się pidżamowa armia, w każdym rogu rozbrzmiewa muzyka. To czas wspólnych ćwiczeń, tańców i śpiewów seniorów. W drodze do sklepu mijam staruszków chodzących dla zdrowia tyłem (by rozruszać nieużywane za dnia mięśnie i ścięgna), w dłoniach obracają pary orzechów włoskich, by odprężyć umysł i poprawić krążenie. Młodzi mężczyźni grają w ping ponga, ktoś ćwiczy tai chi.

Przeprowadzka do centrum to dużo większe możliwości obcowania z chińską wielkomiejską rzeczywistością, nowe znajomości, nowe doznania, ale też konieczność znalezienia nowej pracy. Zanim jednak wpadnę w wir nowego życia, dałam sobie trochę czasu na okrzepnięcie w zaistniałej sytuacji i nowym miejscu. To dobry czas, by zapytać siebie samej co jest dla mnie ważne, czas układania nowego planu (ale tym razem już nie takiego na zawsze i na wieki wieków amen), wyznaczania celów, nadawania sprawom priorytetów. To czas rozmyślań i podsumowań. I prób wyciągania wniosków z lekcji, jaką dało mi właśnie życie. Czego się zatem nauczyłam?

… że każda, nawet najtrudniejsza zmiana niesie w sobie jakieś dobro

Zmiany przebiegają w różny sposób. Bywają niekiedy bardzo trudne i bolesne. I nie zawsze to my jesteśmy ich siłą napędową. Zdarza się, że spadają na nas niespodziewanie burząc nasze szczęście, bezpieczeństwo, poczucie przynależności, życiowy plan. Jednak czasem jeden świat musi odejść, umrzeć, by mógł narodzić się nowy. Kto z nas nie przeżył choć raz końca świata w swoim życiu? Ale każdy koniec świata, to początek nowego. To nowe możliwości, to twórcza energia. To szansa na budowanie lepszej rzeczywistości według własnych zasad. To też czas obcowania ze swoją świadomością i uczuciami, bardziej niż zwykle, głębiej, mocniej. To szansa na poznanie zakamarków swoich potrzeb. Dobra chwila, by zatrzymać się i zapytać siebie samego „kim jestem?”, „czego chcę?” i zacząć słuchać odpowiedzi.

…że pewne jest tylko to co tu i teraz

Niby takie oczywiste, a tak rzadko o tym pamiętamy. Tak, życie jest teraz! I to jedyne, co mamy pewnego. Możemy marzyć o wspaniałej przyszłości, możemy rozpamiętywać przeszłość i… przegapić teraźniejszość. A to dziś jest wspaniały dzień. Nie wczoraj, nie jutro. I dziś powinniśmy żyć pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą. Bo jutra nigdy nie możemy być pewni, a wczoraj jest już przeszłością, z której możemy jedynie wyciągać wnioski- nie, nie na przyszłość. Na dziś. To dziś możemy sprawić sobie przyjemność, to dziś możemy być dla siebie dobrzy. Tak, dla siebie. Bo kto będzie o nas pamiętał jeśli nie my sami?

Tak dużo czasu zawsze spędzałam na kreśleniu planów, a tu nagle bum! Dotychczasowe życie wystrzeliło w kosmos i przepadło gdzieś na jakiejś odległej orbicie. Teraz staram się kierować swoimi aktualnymi potrzebami, a nie nakreślonym z chirurgiczną precyzją planem. Łatwiej reagować na otaczającą nas rzeczywistość, łatwiej ją kreować, gdy nie trzymają nas sztywne ramy oczekiwań i zobowiązań. Warto skupić się na dziś i cieszyć się nim.

…że samoświadomość uszczęśliwia, a schematy nas upupiają

W mojej ocenie zarówno odejście z dawnej pracy w korporacji, jak i przeprowadzka do Chin, nie były jakimś totalnym wyrwaniem się ze schematu „odpowiedniego” życia. Absolutnie nic niezwykłego w tych decyzjach nie było, po prostu skorzystałam z okazji, które rzucił mi pod nogi los. Ale w Chinach wpadłam w zupełnie nowy, nieznany mi dotąd rytm codzienności. Nauczyłam się dużo o inności, odkryłam nowe możliwości. Nauczyłam się też dużo o sobie i doceniłam wagę uczciwości wobec samej siebie. Odległość (i tu niekoniecznie o tą fizyczną mi chodzi) sprzyja przyglądaniu się sprawom z innej, szerszej perspektywy. Obcowanie z ludźmi, którzy żyją inaczej, niż zwykło się żyć w naszym kręgu kulturowym, bardzo otwiera oczy. Do tego to w Chinach skończyłam trzydzieści lat i… nie wpadłam żadną czarną dziurę. Naprawdę! Wprost przeciwnie, zaczęłam żyć bardziej, pełniej, bardziej świadoma swoich potrzeb i tego, czego chciałabym w swoim życiu unikać. W wyniku splotu miejsca, okoliczności i czasu udało mi się wyrwać z wiążącego umysł i ręce przekonania, że czegoś mi nie wypada. W pewnym momencie poczułam, że wprost przeciwnie, teraz mogę wszystko. Wpływ na to miała też na pewno odzyskana wolność- tak, tak, o samotności mówię. O samotności, która pozwala skupić się na własnych pragnieniach, bez konieczności kompromisów, które czasem przyćmiewają przyjemność dochodzenia do celu.

Wiem czego chcę, wiem czego w swoim życiu nie potrzebuję, a przede wszystkim na co, za nic w świecie, nie chcę się godzić. Zdarza się jednak jeszcze czasem, że dopada mnie myśl o jakiejś powinności wobec życia, o poprawności narzuconej przez zasady społeczeństwa, w którym dorastałam. Że mąż, dzieci, pieniądze, dom z ogródkiem, fundusz emerytalny, zapuszczanie korzeni. Że już, teraz, że coś muszę, że czas działa na moją niekorzyść. I smutek mnie wtedy ogarnia, chwilowe zwątpienie: czy dobrą drogą iść postanowiłam? Czy słuszne decyzje podjęłam? To echa schematów wyrywają mnie z mojego poczucia szczęścia i ekscytacji możliwościami, u wrót których stoję. Upupić mnie próbują. Ale już sama świadomość tego sprawia, że wiem, że się im nie dam.

Pojechana

Trzymajcie za mnie kciuki!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

50 komentarzy do “Zmiany zwane życiem