Pekin i Datong w pojedynkę… czyżby? 18 komentarzy


Do Pekinu przyleciałam w środku nocy z czwartku na piątek (lot tradycyjnie był opóźniony- bądźcie na to przygotowani jeśli będziecie latać po Chinach). Szybki sen w hostelu, wycieczka na dworzec kolejowy po bilety do Datong (przy okazji udało mi się pomóc totalnie zdezorientowanym i bezradnym Izraelczykom próbującym kupić bilety do Szanghaju) i w piątkowe popołudnie ruszyłam w swoją ultra turystyczną trasę po Pekinie, start: Plac Tiananmen i Zakazane Miasto. No i się zaczęło! Skąd jestem, ile mam lat, czy podróżuję sama, czy do zdjęcia zapozuję. Samotna blondynka to łakomy kąsek dla spragnionych kontaktu z obcokrajowcami Chińczyków. Ci bardziej „światowi” pytali natomiast czy mnie nie drażni, że mnie wszyscy zaczepiają i czy nie przeszkadza mi, że każdy chce ze mną zdjęcie… hmm… szczerze mówiąc nie.

Pekin

Żar z nieba, kilometry w nogach, brak mapy, zgubiona droga, nieudolne próby złapania taksówki (których, co potwierdzą kolejne dni, jest w Pekinie duży deficyt), udane targowanie z kierowcą tuk tuka i jego najszczerszy na świecie szczerbaty uśmiech w reakcji na moje kilka zdań po chińsku (choćby dla takich momentów warto się uczyć języków!). Angielsko-chińsko-migowa pogawędka z kelnerem w koreańskim barze (smażony ryż z kim chi i tuńczykiem to absolutne mistrzostwo świata!) i w końcu wracam do hostelu zmęczona zwiedzaniem i przeziębieniem. Jutro chcę wstać wcześnie rano a tu… klimat studenckiej domówki. W przyjacielskiej atmosferze piwem i pizzą dzielą się ze mną współhostelowicze z Kanady, Indii, Rosji, USA, Wielkiej Brytanii i Chin. Są rozmowy o podróżach, życiu w Chinach (część z nich mieszka w Pekinie, a do hostelu przychodzi w celach towarzyskich), blogowaniu, wizach, itd. Dużej samokontroli wymaga ode mnie odrzucenie zaproszenia wspólnego wypadu do klubu, pewnie gdyby nie ten ból gardła…

Sobota. Zrywam się z samego rana i pędzę (dosłownie) na dworzec, z którego odjeżdża publiczny autobus na Wielki Mur (Mutianyu). Moje zdobyte w ostatnich miesiącach umiejętności przepychania się przynoszą rezultat, bo mam miejsce siedzące, a właściwie dwa. Ze strachu, że miejsce koło mnie zajmie mocno przekraczający rozmiar jednego siedzenia mężczyzna, ciągnę za sukienkę zdezorientowaną dziewczynę, która właśnie wsiadła do autobusu. W ten sposób poznaję Janę z Czech, która na wycieczkę jedzie razem z przyjaciółmi ze studenckiej wymiany: swoją rodaczką Zuzaną, Chrisem ze Szwecji i Olivierem z Danii. No to jest nas już piątka. Wspólna wspinaczka po Wielkim Murze, zjazd z niego olbrzymią zjeżdżalnią (to tak z okazji Dnia Dziecka) i lunch. Rozmowy o studenckim życiu w Chinach, podróżowaniu i o Shenzhen. Odgadywanie znaczeń czeskich i polskich słów. Czas płynie nam miło i szybko, umawiamy się więc na wieczór. Przed imprezą wstępuję na kolację do koreańskiego baru- gdy nagle urwie się chmura, zaprzyjaźniony już kelner podaruje mi parasol. Moi nowi znajomi trochę się spóźniają. Nie szkodzi. W barze z muzyką na żywo, w którym sączę piwo, szybko znajduje się towarzystwo. No bo jak to sama tak i nie znam tu nikogo? Koniecznie muszę się dosiąść do stolika.

Wielki Mur

Znowu w piątkę postanawiamy zmienić miejsce na bardziej taneczne. Gdy po trudach (naprawdę trudach!) złapania taksówki docieramy w klubowe zagłębie Pekinu, zaczepia nas elegancko ubrany Chińczyk. Czy przypadkiem nie mamy ochoty iść do klubu, w którym będziemy mogli bawić się i pić za darmo przez całą noc? No tak, 4 blond i 1 ruda głowa nie mogły zostać niezauważone, to propozycja byśmy byli żywymi reklamami tego klubu. Czy mamy coś przeciwko?! Ależ skąd! Dziwne to trochę, ale czy nie za dziwność właśnie kochamy Chiny? Bawimy się tak dobrze, że śmiercią tragiczną ginie mój but… Reanimuję go sposobem chałupniczym wsuwką i gumką do włosów- w ten sposób poniesie mnie aż po blady świt.

Na drugi dzień nadchodzi za szaleństwa kara… Spadek formy na wszystkich płaszczyznach. Nie mam siły nawet gadać. Jadę zwiedzić Lama Temple- dwa razy. Za pierwszym razem zabieram aparat, zapominając o baterii. Kręcę się trochę bez celu czekając na znak od chińskiej couchsurferki, która zgodziła się przyjąć mnie na najbliższe dwa dni, że wróciła do Pekinu. Jest! Jadę do Amandy.

To moje pierwsze couchsurferskie doświadczenie z tej strony, jestem odrobinę skrępowana, do tego strasznie zmęczona. Przez pierwsze… 2 minuty może, bo tyle mniej więcej zajmuje nam złapanie wspólnego języka. Siedzimy do późna popijając pyszny koktajl, rozmawiając o podróżach, miłości, rodzicach, pracy, a nawet (co dość nietypowe) o polityce. Dostaję w prezencie szczoteczkę do zębów (swoją zostawiłam w hostelu), specyfik chińskiej medycyny naturalnej, który w ekspresowym tempie rozprawi się z moim przeziębieniem (męczącym mnie od tygodnia) i piękną bransoletkę z Mongolii Wewnętrznej, skąd pochodzi moja gospodyni. Muszę długo tłumaczyć, że nie mogę przyjąć więcej prezentów. Śpię jak dziecko.

Jest poniedziałek, Amanda ma wolne i decyduje spędzić ten dzień razem ze mną. Jedziemy do dzielnicy artystów i galerii – 798 Art. District. Spacerujemy, rozmawiamy, jemy, śmiejemy się. Na wieczór umawiamy się z dziewczyną z Polski, która przed przeprowadzką do Pekinu kontaktowała się ze mną by zaczerpnąć u źródła trochę praktycznych informacji i z chłopakiem z Puerto Rico, który zaczepił Amandę na couchsurfingu. W ten sposób poznajemy Patrycję i Davida. Wspólny obiad (jak ja uwielbiam syczuańską kuchnię!) mija zbyt szybko, przenosimy się więc do baru, gdzie już na nas czekają znajomi Patrycji z Wielkiej Brytanii i Macedonii. Kolejny wieczór spędzony w miłym towarzystwie, Amanda mówi, że ma wrażenie jakby znała mnie od zawsze.

samotne podróżowanie

Rano jadę do Temple of Heaven, gdzie grupa seniorów zaprasza mnie do wspólnej gry w chińską „zośkę”- jakbym mogła odmówić! Gdy wchodzę do pierwszej świątyni tego kompleksu, zaczepia mnie chłopak z Brazylii mieszkający aktualnie w Portugalii. Dalej idziemy już razem, wspólnych tematów nie brakuje: jest o życiu w Europie, kryzysie ekonomicznym, podróżowaniu po Chinach i Australii, skąd ja nie tak dawno temu wróciłam, a Andre właśnie się wybiera. Żegnamy się, bo w Pałacu Letnim, gdzie właśnie jadę, mój nowy znajomy już był. Tam odrobina wspinaczki i chwila relaksu nad jeziorem w bardzo przyjemnych okolicznościach przyrody. Kolację jem z poznanym wczoraj Davidem, który jest podróżnikiem i pisarzem (właśnie tłumaczy swoją książkę z hiszpańskiego na angielski)- buzie nam się nie zamykają! Już po posiłku dołącza do nas nowa couchsurferka z Chin i idziemy do odwiedzonego wczoraj baru, gdzie… spotykamy Patrycję. Przypadkiem, naprawdę! Dyskutujemy o tureckich weselach, dyktaturze Ceaușescu w Rumunii, warsztacie pisarskim i chińskiej kulturze. Ledwo zdążam na nocny pociąg do Datong!

Oczywiście jestem jedynym obcokrajowcem w najniższej klasie (biletów na miejsca leżące  już nie było). I to dziewczyną! Siedzący koło mnie mężczyźni z miejsca otaczają mnie opieką, tym większą im więcej chińskich słów wypływa z moich ust. W chwilach mojego językowego kryzysu sytuację ratuje chłopak odrobinę znający angielski. Dostaję najlepsze miejsce przy oknie (choć z biletu jasno wynika, że powinnam siedzieć na środku), wszyscy protestują, gdy próbuję sama operować swoim plecakiem pomiędzy górną półką a podłogą, muszę się wyspowiadać z adresu hostelu, by współtowarzysze podróży mogli odnaleźć go na mapie i wytłumaczyć mi jak mam tam trafić. No i mam koniecznie założyć bluzę, bo przecież zimno! Poza tym jestem piękna (bardzo) i odważna (bo podróżuję sama), a mój chiński jest doskonały (jest gorzej niż tragiczny, właściwie, to jakby go nie było, ale nikomu to nie przeszkadza).

W hostelu w Datong melduję się w środę o 7 rano. I zasypiam na kilka godzin. Budzi mnie śmiech dwóch Chinek, które (jak się potem okaże) dopiero co się poznały. Pytają mnie czy chcę iść z nimi na lunch. W ten sposób poznaję Zoe, która mieszka w Pekinie i Molly mieszkającą w Szangaju. Dołącza do nas też młodszy brat Zoe, który zostaje mianowany Małym Bratem. Lunch przeradza się we wspólne, pełne śmiechu i ciekawych rozmów dwa dni, podczas których dziewczyny są moimi opiekunkami i przewodniczkami po Grotach Yuangang, Wiszącej Świątyni Xuan Kong Si i na szczyt Heng Shan (2014 m.n.p.m.).

Hanging Temple - Datong

Tłumaczą mi wszystko jak dziecku, dbają bym się odpowiednio ubierała, jadła i spała. I zapewniają rozrywkę- są prześmieszne. A przy tym niezwykle miłe i troskliwe. Uczą mnie kolejnych słów po chińsku, opowiadają o lokalnej kulturze. Chcę czy nie chcę, uczestniczę w jakimś tysiącu typowych dla chińskiej turystyki „sesjach” zdjęciowych, w których przybieramy umówione wcześniej pozy. Każdego dnia rano, gdy otworzę oczy, czeka na mnie przyniesione do łóżka śniadanie (bo tak „słodko śpię, że nie chciały mnie budzić”). Gdy w piątek o świcie pojadą dalej, każda w inną stronę, opiekę nade mną powierzą innym koleżankom z hostelu (naprawdę poproszą o to!). Tu sprawa się trochę skomplikuje, bo moje nowe „opiekunki” nie mówią po angielsku, ale szybko znajdzie się tłumacz w postaci chłopaka mieszkającego w pokoju obok. Razem zjemy lunch (w piątkę), a jedna z dziewczyn dosłownie wsadzi mnie do pociągu.

Mimo usilnych prób, chłopakom z pociągu nie udaje się nauczyć mnie gry w karty. Tym razem bariera językowa jest zbyt duża, ale jest zabawnie. Gdy wyciągam netbooka (by zacząć pisać ten tekst), moja współtowarzyszka sprząta wszystko ze stolika, żeby zrobić mi miejsce do pracy. Czy ja już Wam kiedyś mówiłam, że kocham Chiny? Mój WeChat (popularny w Państwie Środka komunikator) aż się gotuje. To spływają zdjęcia z ostatnich dni, ustalane też jest miejsce dzisiejszego spotkania w Pekinie- moja pożegnalna noc! Poznany w Datong chiński bloger Shue, który wyjechał dzień wcześniej, chce mnie odebrać z dworca, ale odmawiam grzecznie, bo chcę jeszcze po drodze na spotkanie zostawić bagaż i wziąć szybki prysznic (dopiero wieczorem zorientuję się, że to była propozycja randki!). Spotykamy się w pubie, gdzie akurat dziś jest koncert jazzowy. Jest nas osiem osób, w tym dwie nowe twarze- Rosjanka i Chinka.

W sobotę śpię do oporu (czyli do check outu), a potem szybko na lotnisko złapać lot do Shenzhen. Żal opuszczać Pekin, ale przecież w Shenzhen czekają na mnie przyjaciele. A świat jest pełny fajnych ludzi!

samotne podróżowanie

To tyle z pamiętnika „samotnej” podróżniczki. O wrażeniach krajoznawczych już wkrótce!

Często pytacie mnie o hotel w Pekinie- moim zdaniem, najatrakcyjniejszą opcją noclegową jest zatrzymanie się w jednym z tradycyjnych hutongów zaadoptowanych na hostel. Z czystym sumieniem polecam Ming Courtyard (stacja Beixinqiao) a także Lucky Family Hostel (stacja metra Zhangzizhonglu) i całą okolicę aż do Lama Temple. Czuć tam historyczną atmosferę miasta, do wielu atrakcji możecie się stąd przespacerować, do tych bardziej oddalonych bez problemu dotrzecie metrem, dobrze i tanio zjecie w tej okolicy no i wieczorem nie będziecie się nudzić.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

 


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 komentarzy do “Pekin i Datong w pojedynkę… czyżby?