To był POJECHANY rok 32 komentarze


Czas pędzi nieubłaganie, czasami mam wrażenie, że „mój czas” jeszcze szybciej niż ten „normalny” (mój normalny na pewno nie jest, nosi wszelkie znamiona szaleństwa) i żadne prośby ani groźby by zwolnił, nie działają. I prawdę mówiąc, dopiero gdy zaczęłam układać w głowie ten wpis, uświadomiłam sobie jak wiele wydarzyło się na przestrzeni minionych 365 dni. Bez wątpienia 2014 rok (drugi z rzędu spędzony w Chinach), był dla mnie rokiem przełomowym i to na wszelkich płaszczyznach życia. I wiecie co? Kolejny zapowiada się równie szalenie, ale… po kolei, najpierw szybkie podsumowanie 2014.

Styczeń

2014 rok rozpoczęłam na plaży w Australii. Był wymarzony road trip z Brisbane, przez Sydney, Melbourne aż do zapierającej dech w piersiach Great Ocean Road. Było magiczne Uluru i drażniący oczy czerwony pył Outbacku, były spotkane na wolności koale, wielbłądy i śniadania dzielone z papugami. Było wspa-nia-le!

Koala

Relacje z podróży po Australii znajdziecie TU.

Luty

Drugi rok z rzędu uciekłam przed tłumami świętującymi Chiński Nowy Rok na Filipiny. Wdrapałam się na niezwykle urokliwy wulkan Taal, aby potem leniuchować na Mindoro.

Pojechana nad wulkanem

Ja wypoczywałam, a Pojechana lansowała się Bankier.pl jako jeden z 6 polecanych vlogów o życiu za granicą.

Marzec

W marcu wpadłam na chwilę do Polski, żeby sprawdzić czy udało mi się wygrać jedną z najważniejszych jak dotąd bitew mojego życia. Bitwa ta była rzecz jasna o zdrowie, a o co chodziło możecie przeczytać TU (do lektury namawiam szczególnie wszystkie panie). Jako, że się podłe choróbsko przechytrzyć udało (hip hip huraaaaa!), mogłam się skupić na czerpaniu przyjemności z wizyty w ojczystym kraju i… na tęsknotach. Popełniłam wówczas tekst Zawsze po drugiej stronie oceanu, który przywołuję, bo jest ponadczasowy i bo… go lubię.

Kwiecień

Kwiecień był spokojny, stacjonarny, domowy. Czasami nawet ja potrzebuję zwolnić trochę i naładować baterie. Tym razem zapasy pozytywnej energii miały okazać się szczególnie przydatne, bo oto BUM! moje życie prywatne obróciło się do góry nogami i odtąd miałam kroczyć swoją drogą w pojedynkę. Swoje refleksje spisałam w tekście Zmiany zwane życiem.

Maj

Po spokoju i domowej atmosferze nie pozostał nawet ślad. 1 maja przeprowadziłam się do centrum Shenzhen i od teraz miałam swoje życie dzielić z piątką współlokatorów (aktualnie, bo to się zmieniało kilka razy, mamy pod naszym dachem reprezentację Polski, Wielkiej Brytanii, Chin, Tajwanu i USA) i nowymi przyjaciółmi z całego świata. Dałam sobie trochę „wolnego” od pracy, planowania, bycia pewną przyszłości i zorganizowaną. I to było zdecydowanie najlepsze, co mogłam dla siebie wtedy zrobić.

Ja chwilowo zgubiłam swoją ścieżkę, ale blog parł do przodu wyznaczonym wcześniej torem i tak oto w maju Pojechana pojawiła się jako źródło informacji w artykule o Shenzhen Gazety Wyborczej.

Czerwiec

Sama w życiu, to i sama w podróży- tak mi się przynajmniej wydawało. Jakże się myliłam! W czerwcu wybrałam się w pojedynkę do Pekinu i Datong, gdzie poznałam świetnych ludzi i wspaniale spędziłam czas. Nabrałam też apetytu na taką podróżniczą „samotność”.

Hanging Temple - Datong

Lipiec

W lipcu shenzheńskie lato oferuje to co najlepsze: słońce, plaże, fale, muzyczne festiwale. Brałam więc pełnymi garściami, a w chwilach wolnych od uciech duszy i ciała pracowałam nad ostatnimi rozdziałami swojej książki. Poznałam cudownych, ciekawych ludzi, którym rezerwuję stałe miejsce w swoim sercu (choćby nawet naszych codzienności ścieżki się rozeszły) i zaobserwowałam u siebie poważne objawy schińszczenia.

Sierpień

Okres beztroski nie mógł trwać wiecznie, a ja przecież sobą bym nie była, gdybym sobie jakiegoś planu (choć teraz już tylko krótkoterminowego) w głowie nie naszkicowała. Chciałam podróżować (to chyba oczywiste) trochę dłużej i jeszcze wolniej niż zwykle, a że sama się już nie bałam, pozostało tylko zdobyć środki finansowe na kolejną życiową przygodę. Takim to sposobem, w połowie sierpnia podpisałam kontrakt z chińskim przedszkolem. Przerażona faktem, że od 1 września wrócę do trybu pracy od poniedziałku do piątku (po 2,5 roku freelancerki), co miało mocno ograniczyć moją podróżniczą swobodę, na totalnym spontanie kupiłam bilet do Kambodży, gdzie spędziłam przecudowne 2 tygodnie (które tylko mnie utwierdziły w przekonaniu, że chcę jechać w dłuższą podróż i że na pewno do tego uroczego kraju wrócę).

Ta Phrom

Tymczasem w Wysokich Obcasach ukazał się wywiad ze mną, a Pojechana pojawiła się w rankingu najciekawszych blogów podróżniczych Gazety.pl w kategorii „zawodowcy”- cieszyłam się jak dziecko.

Wrzesień

1 września, sama w to nie wierząc, zostałam nauczycielką angielskiego w chińskim przedszkolu. Nie było łatwo przestawić się na bardzo poranne wstawanie (właściwie to dalej mam z tym problemy), ale było ciekawie, a cel mobilizował, by nie marudzić i robić swoje, szczególnie, że grafik zajęć dosłownie mnie rozpieszcza i jest nawet czas na poobiednią drzemkę. Dzieci mnie pokochały (z wzajemnością), a współpracownicy dostarczyli wielu nowych doświadczeń kulturowych. Koniecznie przeczytajcie mój tekst Mały człowiek made in China.

chińskie przedszkole

Październik

Październikowe wolne dni z okazji Golden Weeku (jest to drugie najważniejsze, po Chińskim Nowym Roku, święto państwowe w Chinach) wycisnęłam do ostatniej kropelki przyjemności. Zaczęłam od trekingu po zielonych wzgórzach Hongkongu w Sai Kung i kempingu na plaży, by następnie pojechać do okrytego złą sławą festiwalu psiego mięsa Yulin, gdzie udało mi uniknąć skosztowania tego typu lokalnych specjałów, ale za to nieświadomie zjadłam gołębia (kurde, pyszny był), a przede wszystkim bawiłam się na tradycyjnym chińskim weselu przyjaciół i skrzętnie dokumentowałam barwne rytuały, czego efekty możecie zobaczyć TU.

Sai Kung

Listopad

Listopad był miesiącem wytężonej pracy nad książką- tej najtrudniejszej, czyli wyszukiwania własnych błędów, wprowadzania ostatnich poprawek, doboru zdjęć i… decyzji, że skończyłam. Tak moi drodzy! Skończyłam! A łatwo nie było, bo moją głowę zaprzątały już nowe plany, będące wynikiem nowych decyzji, wynikających z kolei z faktu, że pewien niezwykły KTOŚ zagościł na dobre w moim sercu. Nie dało rady już dłużej udawać, że „taka jestem wyluzowana”, „po prostu bardzo się lubimy” i „przecież tak sobie tylko gadamy”. Z daleka (bardzo daleka, jak z Chin do Francji) dało się bez problemu dostrzec, że jestem ZAKOCHANA! Ale to taka niesamowita historia, że zasługuje na oddzielny post (o TU).

podsumowanie roku

Grudzień

Ostatni miesiąc roku upłynął pod znakiem negocjacji z potencjalnymi wydawcami mojej książki (mam nadzieję już niebawem ogłosić efekty tych rozmów), świątecznymi przygotowaniami, zakupami, imprezami, kolacjami, prezentami i krótkim urlopem, podczas którego odwiedziłam Hongkong i Macau. Przede wszystkim jednak moja rozentuzjazmowana głowa zajęta była planowaniem ekscytującego nowego, do którego odliczam już dni. Na razie zdradzę Wam tylko, że… nie będzie już więcej wpisów o życiu codziennym w Chinach. To jest dopiero news, co?

Kilka dni temu zaczął się nowy, 2015 rok, a ja wyraźnie widzę, że fortuna mi sprzyja na wszystkich frontach, co utwierdza mnie w przekonaniu, że wybrałam właściwą drogę. I takiego uczucia życzę Wam w Nowym Roku (bo to fajowe uczucie jest) moi najlepsi na świecie czytelnicy. Życzę Wam miłości, podróży i słońca. A teraz ruszcie szanowne pupy i dajcie z siebie wszystko żeby ten rok był dla Was wyjątkowy!

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

32 komentarzy do “To był POJECHANY rok