Ferie w Tajlandii: Ton Sai Bay 33 komentarze


To był nasz pierwszy wspólny wyjazd: mój i Adriena. To był też jego pierwszy raz w Tajlandii, dlatego bardzo chciałam pojechać jeszcze raz w miejsce, które pozostawiło po sobie najcieplejsze wspomnienia w mojej pamięci. Dlatego po dwóch dniach cieszenia się sobą, słońcem i najlepszą na świecie kuchnią w Bangkoku (każdy pobyt w Tajlandii tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu), wsiedliśmy w samolot do Krabi, autobus do portu i w końcu łódkę do Ton Sai Bay.

Ton Sai Bay

O tym raju dla aktywnych za dnia i królestwie relaksu po zachodzie słońca pisałam już kilkakrotnie na blogu (na przykład TU). Usiane kamieniami morskie dno, wąska plaża, brak eleganckich resortów i drinków  z palemką odstrasza basenowych turystów, brak otwartych do rana klubów z prymitywną muzyką dance, z jakich słyną niektóre tajskie plaże, zniechęca imprezowiczów podróżujących od jednej butelki Sam Songa, przez pawia puszczonego gdzieś pod palmą, do drugiej. Tu przyjeżdżają wspinacze i base jumperzy, miłośnicy kajaków i jogi, ludzie których historie chcesz usłyszeć i których lubisz zanim jeszcze podadzą ci rękę, z którymi czujesz się jak z dobrymi znajomymi, gdy tylko usiądą przy stoliku obok. To oni tworzą klimat Ton Sai Bay.

Ton Sai Bay

Dzień zaczyna się tu bardzo wcześnie, zanim palące słońce obróci w piekło każdą próbę aktywności. Wcześnie się też kończy, przy butelce piwa i dźwiękach muzyki reggae (chyba, że to my rozkręcamy imprezę, ale o tym za chwilę). Szybko wpadliśmy w ten jedyny słuszny tu rytm- wstawaliśmy rano, żeby zdążyć wyciągnąć z dnia jak najwięcej.

Ton Sai Bay

Pierwszego dnia popłynęliśmy na island hopping w okolice Koh Phi Phi, wydawało mi się bowiem, że Adrien powinien „zaliczyć” słynną Maya Bay, którą ja odwiedziłam kilka lat wcześniej. Wierzyć mi się nie chciało, że może być bardziej zatłoczona niż pamiętam. A jednak… Na tym zakończyliśmy więc „pozycje obowiązkowe” i robiliśmy wyłącznie to, na co mieliśmy ochotę, po swojemu, rozkoszując się świadomością, że jeśli tylko będziemy chcieli to tu wrócimy, bo przecież te nasze ferie zimowe to taka mała próba generalna przed podróżą marzeń. W ogóle od kiedy przeprowadziłam się do Azji, czuję ten luksus, że nie muszę się spieszyć, że mogę czasem odpuścić, odpocząć, zrelaksować się, zatrzymać, jeśli mnie coś interesuje lub przeciwnie, nudzi. W mojej głowie nie zapala się już ta drażniąca sumienie czerwona żaróweczka alarmująca, że to jedyna szansa, że jestem tu tylko raz w życiu, że coś muszę, bo będę żałować. Ja w ogóle żałować przestałam. I oczekuję chyba też mniej. A może po prostu mniej się zastanawiam, więc nie mam możliwości tych oczekiwań nazwać? Jakby nie było, czasem mam wrażenie, że dostaję dzięki temu więcej.

Phi Phi

Zamiast płynąć wynajętą łodzią i zaliczać kolejne wysepki według programu, wypożyczyliśmy kajak i siłą własnych ramion popłynęliśmy na Poda Island. Byliśmy jedynymi bezsilnikowymi śmiałkami, którzy tu dotarli- była satysfakcja, endorfiny po wysiłku fizycznym, piękne widoki i świetna zabawa (fotki wrzucę jutro jak się dokopię do kamerki GoPro). Siłą nóg i rąk udało nam się też dotrzeć do sekretnej laguny na Railay. Dla mnie była to pierwsza wspinaczkowa zaprawa (a było stromo i ślisko) i nawet w pewnym momencie miałam napad dziecięcego buntu w stylu „daj nie idę” (gdzieś po środku pionowego klifu), ale na szczęście Adrien, który po skałach skacze jak górska kozica i żadne wysokości mu nie straszne (to trzeba mieć fuksa żeby się w takich Alpach urodzić) wiedział co zrobić i jak do mnie mówić, żebym jednak ruszyła z miejsca i to we właściwą stronę. A było warto. Laguna była bajeczna, a nasza prywatna walka w błocie przezabawna. No i poznaliśmy tam Erica, który… wychował się kilkanaście kilometrów od domu rodzinnego Adriena. I znowu wychodzi na moje, czyli że świat jest mikro!

secret lagoon Railay

Wieczorem, we trójkę, przy piwie i podróżniczych opowieściach zaprzyjaźniliśmy się tak bardzo, że postanowiliśmy uczcić spotkanie przypisaną do szczególnych okazji tequilą. Potem nie było już istotne, że nikt nie tańczy i że niedługo zamykają bar. Nie zamknęli. I wszyscy tańczyli. Zrobiliśmy imprezę na Ton Sai Bay!

Tym razem noc trwała zaledwie dwie godziny.  Jeszcze zanim wzeszło słońce, brodząc po kostki w wodzie, raniąc nogi ostrymi kamieniami, dreptaliśmy do łodzi. To był początek naszej przeprawy na Koh Tao.

Ton Sai Bay

Jeśli chcecie odwiedzić Ton Sai Bay o jakim piszę- spieszcie się. Na ogromnym terenie sąsiadującym z plażą (a kto był, ten wie, że Ton Sai Bay na nadmiar przestrzeni nie cierpi) powstaje ogromny resort, ogrodzony ogromnym murem, zapewne z ogromnym basenem, ogromnymi pokojami i… rachunkami ogromnych rozmiarów. Na plaży pozostał tylko jeden bar i restauracja, wszystkie pozostałe zostały przeniesione w głąb lądu by umożliwić budowę. Mimo to, miejsce to nie straciło nic ze swojego uroku, bo Ton Sai Bay to przede wszystkim ludzie, którzy tworzą jego klimat. Co się z nim stanie, gdy luksusowy hotel otworzy swoje podwoje? Bardzo nie lubię być złym prorokiem, ale łezka się w oku kręci.

Pytacie często gdzie mieszkaliśmy w Ton Sai Bay: Chill Out Bar & Bungalow. Nie oczekujcie po tym miejscu luksusów (w drewnianym bungalowie na palach jest tylko łóżko z moskietierą i łazienka z zimną wodą + małpy skaczące po dachu w gratisie), spodziewajcie się za to super klimatu i przystępnej ceny.

Pytacie również o noclegi w Bangkoku, podaję więc sprawdzone miejsca w dobrej lokalizacji: trochę droższy, ale w lepszym standardzie Laksameenarai Guesthouse na tyłach Khao San Road i budżetowy, ale klimatycznie położony nad rzeką New Phiman Riverview Guesthouse. Dobrze wspominam też pobyt w oddalonym od centrum wydarzeń i trochę droższym, ale ładnym i czystym hotelu Udee.

secret lagoon Railay

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

33 komentarzy do “Ferie w Tajlandii: Ton Sai Bay