Kilka rzeczy, których nie wiesz o Francji 31 komentarzy


Francja powoli staje się moim drugim (trzecim?) domem, bo gdziekolwiek by mnie fantazja nie poniosła, to we Francji czekać będą na mój powrót przyjaciele i… rodzina, której częścią się stałam za sprawą mojej francuskiej miłości. Bywam tu coraz częściej i na coraz dłużej, z ogromnym zaciekawieniem obserwowując francuskie inności, czasem marszcząc ze złością skronie, czasem szeroko otwierając buzię ze zdziwienia (lecz ze stosunkiem całkowicie obojętnym w sercu), czasem zalewając się łzami… ze śmiechu, a czasem z błogim uśmiechem oddając się lokalnym zwyczajom. A teraz tymi swoimi zdziwieniami, zaskoczeniami (pozytywnymi i negatywnymi) i miłościami się z Wami podzielę. I, gwoli wyjaśnienia, domyślam się że część tych kwestii nie będzie dla Was niespodzianką dlatego przepraszam za to domniemanie niewiedzy w tytule, ale wiecie, chwytliwe hasełko musi być.

Sery

Nawet sekundy się nie wahałam jakie zdjęcie wrzucić w nagłówek tego artykułu- zdjęcie sera! Francuzi mają na ich punkcie totalnego fioła, mówią że mają inny gatunek sera na każdy dzień roku, ale to przejaw jakiejś zupełnie nietypowej dla tej nacji skromności (no musiałam, musiałam im to wytknąć) bo tak naprawdę mają ich około 500! Jedzą sery na zimno i na gorąco (np. raclette), z ziemniakami (np. tartiflette), w zupie z wina (fondue) i… na deser. Tak, w wielu restauracjach w ramach „menu dnia” na zakończenie posiłku jest podawany talerz serów. Nie ma się więc co dziwić, że średnio na francuską głowę (a dokładniej żołądek) przypada ponad 25 kg sera rocznie. Ja w tym zakresie jestem idealną Francuzką i mocno pracuję na wyrobienie średniej. Tak mocno, że pierwszy raz w życiu nabawiłam się serowej alergii!

Wino

Opowieści o tym ile to piją Polacy i jakie mają mocne głowy można usłyszeć chyba na każdym krańcu świata. A tymczasem Francuzi rocznie wypijają prawie 2 litry alkoholu więcej (na głowę) niż Polacy! We Francji oczywiście króluje wino. Butelka tego szlachetnego trunku do kolacji to absolutny standard, ale przecież nikt nie każe czekać do wieczora. Butelka wina do obiadu, a nawet kieliszek zaraz po śniadaniu to we Francji nic dziwnego. W słoneczne dni, na tarasach restauracji i barów schłodzone rosé sączone jest od rana. Podczas śniadania w Prowansji byłam świadkiem scenki, gdy sędziwa kobieta zapytała kelnera o godzinę:

– Już 10:30? To w takim razie poproszę kieliszek rosé – i wiecie co? Też zamówiłam. Nie ma co walczyć z lokalną kulturą.

Absolutnym hitem jest dla mnie fondue (danie popisowe taty mojego francuskiego chłopaka)- ser roztopiony w zupie z wina, w którym macza się chleb, a wszystko oczywiście popija winem- kwintesencja francuskiej kuchni.

Powitania

We Francji zwyczajowe powitanie uwieńczone jest cmoknięciami w policzek. Ich ilość zależy od regionu i tak na przykład w rejonie Alp, gdzie mieszkam, są to dwa buziaki, w Prowansji 3, a w Paryżu aż 4. Całują cię wszyscy, bez względu na poziom znajomości (również osoby dopiero sobie przedstawione), wiek i płeć. Tak, całują się również mężczyźni! Rubasznie się śmiejąc, że to bezpieczniejsze od podania ręki, bo kto wie, co facet tą ręką jeszcze chwilę temu robił.

Czeki

Wiem, że w handlu zagranicznym używa się czasem czeków, ale przyznam, że w użyciu osoby prywatnej ostatni raz widziałam je jako dziecko, dlatego jawią mi się jako jakiś archaiczny twór. Tymczasem we Francji są bardzo popularne. Wiele sklepów internetowych w ogóle nie posiada opcji płatności kartą? Jest Paypal, przelew i… czek, który trzeba wystawić i wysłać pocztą. Niewiarygodne! I jakie niewygodne! Ale zamknąć buzi ze zdziwienia nie mogłam, gdy zobaczyłam jak się czeki we Francji realizuje. Otóż idziemy z czekiem do specjalnego wpłatomatu, wkładamy naszą kartę, wybieramy opcję „czek”, wstukujemy kwotę z czeku a automat wypluwa z siebie potwierdzenie i… kopertę! Tak, papierową kopertę. Czek razem z potwierdzeniem wkładamy do koperty, zaklejamy i całość wsuwamy do wpłatomatu. Czy Wy też wyobrażacie sobie małego człowieczka zamkniętego w automacie, który otwiera te koperty?

Adresy

Wiecie, że we Francji (przynajmniej w regionie Rhône-Alpes) nie ma numerów mieszkań? Adres korespondencyjny zawiera jedynie numer budynku, mieszkanie jest lokalizowane po nazwisku, które zawsze jest umieszczone na skrzynce pocztowej, domofonie i drzwiach.

Mieszkania socjalne

Jak wszyscy wiedzą, Francja boryka się z problemem imigrantów, coraz większymi podziałami społecznymi i rosnącą przepaścią między bogatymi i biednymi. Podobno nie najlepiej sobie z tym radzi, ale za jeden z pomysłów należą się francuskiemu rządowi wielkie brawa. Otóż zgodnie z prawem, 20% lokali w nowych budynkach musi zostać przeznaczone przez dewelopera na wynajem socjalny. W ten sposób w nowoczesnym rejonie Lyonu w jednym bloku mieszkaliśmy my (w lokalu kupionym w ramach programu dla młodych osób- coś jak polskie „rodzina na swoim” tylko lepsze), żyjący na wysokim poziomie przedstawiciele klasy średniej i nasz ulubiony sąsiad muzułmanin, który utrzymuje rodzinę malując znaki poziome na ulicach. Dzięki takim rozwiązaniom unika się tworzenia gett dla imigrantów, najsłabiej opłacanych pracowników czy bezrobotnych. Gett w których z reguły szerzą się przemoc, pijaństwo i inne zarazy świata odbierające dzieciom wychowanym w takich warunkach szansę na równy start.

Biurokracja

Nie bez powodu słowo „biurokracja” używane w tak wielu językach, pochodzi właśnie z francuskiego. Francuska biurokracja to istny potwór, szaleństwo, pomieszanie zmysłów, państwo w państwie. Tu się NIC nie da załatwić! No chyba, że dysponujemy nadmiarem czasu i cierpliwości. I mówię to nie z perspektywy obcokrajowca, a z perspektywy Francuza, któremu w ostatnich tygodniach towarzyszyłam w załatwianiu różnych ważnych spraw i którego narzekań (i siarczystych przekleństw) wysłuchiwałam. Pierwsza sprawa to ogromne przywileje dla pracowników administracji państwowej, banków itp. Godziny otwarcia wszelkich placówek użyteczności publicznej to łamigłówka bez rozwiązania. Wszędzie obowiązuje przerwa na lunch (2 godziny), niestety w każdym miejscu o innej porze. Niektóre banki nie pracują w poniedziałki (bo mają „pracującą” sobotę- całe 3 godziny!), urzędy mają wyznaczone dni na przyjmowanie petentów i na każdą wizytę trzeba się wcześniej umówić- nawet żeby złożyć wniosek o paszport. Nie można sobie ot tak przyjść i przeszkadzać urzędnikom! By zapewnić im spokój, w wielu przypadkach numery telefonów zostały całkowicie utajone. Masz wątpliwości? Chcesz zadać pytanie? Umów się, poczekaj i przyjdź zapytać. A potem (jak się okaże, że nie przyniosłeś jakiegoś dokumentu bo nie wiedziałeś, a nie mogłeś zapytać) znów umów się, poczekaj i przyjdź.

Druga kwestia to czas oczekiwania na… wszystko! Wydanie głupiego zaświadczenia, które wymaga spojrzenia w bazę danych, by zobaczyć, że naszego nazwiska nie ma i napisanie na dokumencie „nie ma” zajmuje 5 tygodni! Wysyłka dokumentu od momentu otrzymania adresu korespondencyjnego to… 2 tygodnie! A poczta też najszybsza na świecie nie jest.

Ale największym absurdem są przepisy chroniące obywateli przed ich własnymi decyzjami. Jak bardzo mogą one zatruć życie przekonałam się asystując przy sprzedaży mieszkania, które od momentu podpisania umowy przedwstępnej do podpisania właściwego aktu notarialnego trwało… 3 miesiące! Dodam, że ja swoje, w Warszawie, na nieszczęsny kredyt we frankach kupiłam w niecałe 3 tygodnie. Dlaczego to tyle trwało? Między innymi dlatego, że po podpisaniu umowy przedwstępnej kupujący (którzy ją podpisali jako zdrowi na umyśle i ciele) mają 11 dni żeby… rozmyślić się bez podania przyczyny. Przez te 11 dni nie można wykonywać żadnych czynności związanych z finalizacją sprzedaży. To oczywiście nie wszystko. Otóż po otrzymaniu decyzji o przyznaniu kredytu, o który sami wnioskowali (i na który czekali tygodniami, bo przecież banki nie pracują w poniedziałki, mają codziennie dwie godziny przerwy na lunch, a w soboty pracują tylko rano) mają 8 dni na ewentualne „nie, my jednak tego kredytu nie chcemy” (co jest o tyle absurdem iż już sama decyzja banku o przyznaniu kredytu, bez względu na decyzję kupujących, uprawomocnia postanowienia umowy przedwstępnej, takie kręcenie nosem w tym momencie oznacza więc konieczność zapłacenia sprzedającemu nawet 30% wartości mieszkania). Przez te 8 dni oczywiście ani notariusz, ani bank, ani sprzedający, ani kupujący nie może zrobić nic, tylko czekać.

To czekanie, to chyba takie francuskie jest.

A Wy, co byście dopisali do mojego dziennika francuskich zdziwień?


Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

31 komentarzy do “Kilka rzeczy, których nie wiesz o Francji

  • Paulina K.

    No ja dopisałabym ten artykuł, który Ci podesłałam na fejsbuniu kilka dni temu.
    PS. Kiedy i gdzie będzie dostępny ebook Twojej książki?

    • Aleksandra Świstow Autor wpisu

      Książka na razie jest dostępna w wersji papierowej, którą polecam, bo jest pięknie wydana, na wysokiej jakości i papierze, w sztywnej okładce i z dużymi zdjęciami (można ją kupić w największych księgarniach w Polsce, a także zamówić bezpośrednio u mnie). Wersja elektroniczna ma się podobno wkrótce ukazać- dam znać.

  • Marcin

    No i chciałoby się rzec – co kraj to obyczaj 🙂 Fajnie jest dowiedzieć się czegoś interesującego o Francji, są to takie niuanse, o których najlepiej opowie tylko ktoś, kto tam przebywa 🙂 Najbardziej zaskoczyły mnie czeki – oglądając jakieś amerykańskie filmy zawsze chciałem móc taki czek wystawić 😉

  • liteuka

    Ok, nic mnie nie zaskoczyło (po kilku wakacyjnych pobytach połączonych z winobraniami), ale miło było sobie przypomnieć te fajne rzeczy (seeeeryyy!) i te irytujące (dwugodzinna przerwa w ciągu dnia – mam akurat chwilę wolną od pracy żeby wysłać ważny list a poczta zamknięta! Skandal!).

  • Latająca Europa

    Popraw w tekście „emigrację” na „imigrację”. Mnie zaskoczyło, przy pierwszym pobycie w Paryżu, że bilety miesięczne i tygodniowe traktuje się dosłownie – obowiązują na dany tydzień lub miesiąc. Możemy kupić bilet miesięczny 29go danego miesiąca i pojeździmy na nim dzień albo dwa. Wyjątkowo upierdliwe rozwiązanie, generujące kolejki do kas i automatów biletowych na początku miesiąca. Chyba, że chodzi o zwiększenie wpływów z turystów 🙂

  • Pola - Odpoczywalnia

    Fajny artykuł i święta prawda, najbardziej o tej biurokracji! I technicien, czyli święte krowy, na których trzeba czekać tygodniami, i którzy robią wielką łaskę że przychodzą do pracy…
    Mieszkam we Francji od ponad dwóch lat (Lyon). Dodałabym jeszcze parę świętych reguł dotyczących jedzenia – czyli pory posiłków, bezwzględnie w południe i koło 19. I ich miłośc do pikników, wszędzie i przy każdej możliwej okazji. Powiedziałabym nawet, że wycieczki wszelkiego rodzaju są u nich pretekstem właśnie do piknikowania. No i „system jedzeniowy”. Czyli apéro (oliwki, suszone kiełbaski, orzeszki , tapenada itp) z odpowiednimi alkoholami, danie główne (z odpowiednim winem), sery (w odpowiedniej kolejności) i deser. Ta kolejność obowiązuje nawet na piknikach;)
    Ich kultura muzyczna, która mnie zachwyca – od wielu lat w czerwcu odbywa się święto muzyki, które jest kwintesencją ich podejścia do muzyki. Mnóstwo osób gra na instrumentach, śpiewa w chórach, lubią się spotkać właśnie na wspólne muzykowanie.

    I ogólne podejście do życia, do spędzania wolnego czasu, bardzo mi się podoba. Piszę o tym więcej tutaj

    W ogóle zapraszam do siebie na bloga, piszę tam trochę o francuskich smaczkach i dziwnościach:)

  • Kaludia

    Marzy mi się taka wycieczka do Francji i właśnie spróbowanie ich prawdziwych serów.. mm.. to musi być rozkosz w ustach 🙂 Do tego winko, świeże powietrze i nic więcej do szczęścia nie trzeba 🙂

  • Julia

    Nie jadę Olka! Wino – tylko białe. Pija więcej białego czy czerwonego? Ser – tylko żółty. Nie znoszę śmierdziuchów. A biurokracja – wrrr… We Francji to chyba najbardziej lubię architekturę 🙂 Buziaki!

  • Marek

    No to prawda, że sery to jedna z głównych rzeczy z jakich Francja słynie, mają ich ogromną masę do wyboru, aż byłem zszokowany. Większości turystów przyjeżdżających do Francji pewnie niestarcza czasu żeby tych wszystkich serów skosztować, mnie na przykład nie starczyło jak byłem raz jedyny w życiu we Francji, choć bardzo się starałem 😉 I prawdą jest, że jedzą sery wprost do wszystkiego 🙂

  • Kasia

    Widząc temat posta i mając w pamięci nie jdną wycieczkę do Francj myślałam, ze już nic nie może mnie zaskoczyć! A tu okazuje się coś bardziej mylnego – rzeczywiście, nie wszystko jeszcze o iej wiem! Ale dzięki Tobie i Twoim pomysłom na umilenie letnich wieczorów wiem już wszystko to co wiedzieć powinnam!

  • Nocleg Kęty

    Wspaniały artykuł. Będę to mógł przeżyć na własnej skórze już za 3 tygodnie. Jadę na 2 tygodnie na wakacje do Francji więc już troszkę wiem. Wiem na co warto zwrócić uwagę. Dzięki.

  • Ewa

    Hej 🙂 Jak co piątek po pracy, siadam sobie z ciepla herbatka, lub kawa przed komputerem, no i mam chwile wytchnienia 🙂 No i oczywiscie jak co piątek wchodze na Twojego bloga z nadzieja, ze przez tydzien pojawilo się na nim chociaz kilka tekstow 😉 Bo narpawde bardzo lubie czytac to co wychodzi spod Twojego piora, hehe 🙂