Wspinaczkowy pierwszy raz – Buoux 7 komentarzy


Na ściankę wspinaczkową wybierałam się regularnie od jakiś 5 lat, tylko że… nigdy nie dotarłam. Marudziłam sama sobie, że przecież ręce mam za słabe i butów specjalnych nie mam (wypożyczyć nie chciałam, tak jak nie wypożyczam szczoteczki do zębów) i przecież co się odwlecze to nie uciecze, pójdę za tydzień. Albo za dwa. A tak naprawdę z dala od lin i karabinków trzymało mnie lenistwo i strach, że sobie nie poradzę.

Kiedy swoją życiową ścieżką zaczęłam kroczyć za rękę z góralem (i to alpejskim!), który latami uprawiał przeróżne formy wspinaczki (najdłużej i najbardziej zawzięcie wspinaczkę lodową- brrr…) stwierdziłam, że teraz to normalnie wstyd, żeby takich okoliczności sprzyjających nie wykorzystać i nie spróbować swoich sił. Zakomunikowałam Adrienowi, że chcę na ściankę, a on spakował sprzęt, wsadził mnie w samochód i wywiózł do Prowansji.

Buoux, położony kilka kilometrów od Apt, to jedno z najsłynniejszych wspinaczkowych miejsc we Francji, usiane wpinkami (to te oczka wystające ze skał, do których przypina się za pomocą karabinków linę) układającymi się w drogi wspinaczkowe różnej trudności. Jednak zarówno Adrien, jak i przeróżne opracowania na temat Buoux mówią, że nie jest to najlepsze miejsce dla początkujących- ze względu na ukształtowanie powierzchni skały (naturalne zagłębienia służące za uchwyty są bardzo płytkie) trzeba już tu co nieco umieć. Oczywiście gdy stałam tam, na skalnej półce położonej na wysokości 60 metrów, z której miałam zacząć swoją pierwszą lekcję, pierwszy raz w życiu ubrana w uprząż i te cholernie ciasne wspinaczkowe buty (podobno takie muszą być), nie miałam o skali trudności w Buoux, jak i zresztą o całej reszcie, najmniejszego pojęcia.

Adrien wyjaśnił mi jak działa bloczek asekuracyjny, kazał zademonstrować popuszczanie i ściąganie liny, opowiedział o prawidłowym ułożeniu ciała, metodzie małych kroków, wykorzystaniu siły nóg i raz, dwa, przy mojej asekuracji (jej, jaka ja byłam przejęta!) wspiął się na szczyt klifu, mocując po drodze linę, która będzie mnie (sposobem „na wędkę”) zabezpieczać. Zszedł na dół, upewnił się jeszcze raz, że wiem jak działa bloczek, ustaliliśmy krótkie hasła, które mam krzyczeć na wypadek, gdyby coś poszło nie tak i gdybym potrzebowała pomocy i byliśmy gotowi.

Pierwsze metry pokonywałam w żółwim tempie, bezskutecznie macając skałę w poszukiwaniu zagłębień i, w tym samym celu, obstukując ją czubkiem buta. Mój osobisty nauczyciel widząc moją bezradność wspiął się kawałeczek by stanąć koło mnie i pomóc mi stawiać pierwsze kroki, wskazując gdzie powinnam jego zdaniem wsunąć czubki palców rąk, a gdzie postawić czubki palców stóp. Tak, nie pomyliłam się: czubki palców! Nie mogłam uwierzyć, gdy pokazywał mi półcentymetrowe zagłębienia i nazywał je uchwytami… Serio? Wiedziałam jednak, że jeśli szybko nie zacznę się posuwać do przodu, nie będę miała szans dotrzeć do szczytu, bowiem trzymanie się klifu podczas stania w jednym miejscu, wcale nie było mniej męczące niż wspinaczka (tam naprawdę było bardzo trudno stać, bo… nie było na czym).

Po kilku udanych chwytach i wypięciu się z pierwszych dwóch wpinek, udało mi się złapać rytm. Palce coraz sprawniej wyszukiwały odpowiednie (choć wciąż maleńkie) zagłębienia, nogi sprawnie wypychały ciało do góry. Zza popołudniowych chmur wyszło słońce, zaczął wiać orzeźwiający wiatr, a ja poczułam przyjemność. Z tego skupienia, z tego wyłączenia z innych spraw, z tej adrenaliny, która buzowała w moich żyłach i z radości. Z radości, że się nie boję! Wiecie przecież, że ja straszny cykor jestem (pamiętacie mój nurkowy pierwszy raz?). „Może to dlatego, że nie patrzę w dół” – pomyślałam zatrwożona, szybko spojrzałam i uśmiechnęłam się w duchu: „Nie, ja naprawdę się nie boję”.

Jeszcze skalny występ, kłujące krzaki na jedynej, jaką udało mi się znaleźć, drodze i stanęłam na szczycie klifu, spocona, z walącym sercem, szczęśliwa i dumna z siebie. Stanęłam na krawędzi, spojrzałam w dół ze 105 metrów: „Jej, jak ten świat jest daleko w dole! Jej, jakie wszystko jest tam maleńkie!”. Euforia przygasła na chwilę, gdy zdałam sobie sprawę, że zostałam poinstruowana jak się wspinać, ale o schodzeniu w dół nie było rozmowy. Ale zaraz, zaraz, przecież widziałam jak Adrien to robił. Szarpnęłam liną i krzyknęłam: „Gotowa!”, odwróciłam się tyłem do przepaści i czekałam co się stanie. Po chwili lina poluzowała się, a ja, małymi kroczkami zaczęłam schodzić w dół. Nagle zaczęłam spadać: „Za szybko!” – krzyknęłam przytomnie, wiedząc że skalna półka położona zaraz pod szczytem jeszcze zasłania mnie Adrienowi. Dalej już poszło gładko i w kilka minut byłam na dole. Teraz było nas- dumnych ze mnie już dwoje – ale fajnie!

Weszliśmy trekkingową ścieżką na szczyt, a jako, że wspinanie poszło mi tak dobrze, Adrien zaproponował mi, że mogę zejść w dół na linie sama. Kiedy już stanę na półce 45 metrów niżej, on odczepi linię, zrzuci ją i pieszo, tą samą drogą, którą tu dotarliśmy tym razem, do mnie dołączy. Jako że wciąż byłam podekscytowana swoim udanym pierwszym razem, zgodziłam się bez mrugnięcia okiem. Już za chwilę, po umocowaniu i sprawdzeniu liny, objaśnieniu na co mam uważać i jak się zachowywać, znów stałam tyłem do urwiska. Tym razem jednak sama operowałam bloczkiem asekuracyjnym i regulowałam tempo zejścia. Jak się można domyśleć, nie było wcale łatwiej… Kilka metrów po tym, jak zniknęłam pod skalnym ustępem, usłyszałam krzyk Adriena: „Gdzie masz linę?!”. Od razu wiedziałam, że skoro pyta, to znaczy mam ją nie tam, gdzie trzeba. Okazało się, że porwana przez silny wiatr, końcówka liny po której schodziłam, zaczepiła się w krzakach, kilkanaście metrów w prawo, od miejsca, w którym aktualnie wisiałam. Gdybym schodziła dalej i znalazła się niżej niż jej końcówka, utknęłabym w miejscu, bez możliwości pójścia w żadną stronę, a uratować by mnie mógł tylko inny wspinacz. Kurde no, a miało być tak pięknie! Wkurzona na linę, a jeszcze bardziej na krzaki, że mi mój idealny debiut psują, przesunęłam się kilkanaście metrów w prawo i zapierając się nogami o pionowy skalny występ, wyszarpnęłam linę z uwięzi (lekko nie było), wróciłam do miejsca, z którego lina biegnąca w górę z mojej uprzęży układała się pionowo i zrzuciłam drugi koniec liny w przepaść pod sobą krzycząc: „Ok, lina jest już ok!”.

Odblokowałam zapadkę bloczka asekuracyjnego, zsunęłam się odrobinę w dół, poczułam mocny powiew wiatru i… przeszywający ból. Grube pasmo włosów wkręciło się w bloczek (ale mi się dostało od siebie samej od kretynek za to, że zapomniałam gumki do włosów), skórą głowy szarpał ból, pot ze stresu oblewał czoło. Co ja teraz zrobię?! „Spokojnie, oddychaj, nie panikuj” – powtarzałam jak mantrę, wisząc na skalnej ścianie zgięta w pół. „Jak to dokładnie działa? Może jak stanę na moment i cofnę linę to uwolnię włosy?” – jak pomyślałam, tak zrobiłam, a moim ciałem wzdrygnął jeszcze większy ból, moje skronie niemal dotykały uprzęży. Chciałam krzyczeć, płakać, ale w sekundę przyszło otrzeźwienie – trzeba działać. W przestraszonym umyśle przewijały się obrazy z filmu, w którym uwięziony w skalnej szczelinie chłopak odcina sobie rękę, a ja, rozrywając kolejne kępki włosów, powoli uwalniałam się z zastawionej na siebie pułapki. „Wisisz mi fryzjera!” – krzyknęłam do Adriena i bezpiecznie zeszłam w dół. Gdy do mnie dołączył, powiedziałam szczęśliwa: „Chcę się wspinać!”. Szczęśliwa, bo mi się podobało, bo dało mi ogromną frajdę. Szczęśliwa również dlatego, że się nie bałam i mimo awaryjnej sytuacji umiałam zachować zimną krew. Czyżbym znalazła nowy sport dla siebie? I wreszcie wytłumaczenie czemu zawsze mam krótkie i niepomalowane paznokcie?

Baner


Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

A o „paznokciach” możesz przeczytać w tekście Brak czasu, malowanie paznokci i spełnianie marzeń.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

7 komentarzy do “Wspinaczkowy pierwszy raz – Buoux

  • Jaga

    Szacun 🙂 Ale faktycznie – jak jest z kondycją? Chyba trzeba mieć ręce ze stali by utrzymać ciężar (niewielki bo niewielki, ale jednak 😛 ).
    Zapraszam w Góry Stołowe i do czeskich Teplic – ogromne wrażenie na mnie tm zrobili ci skałołazi 🙂

  • Ola

    Jakbym czytała o sobie 🙂 od wielu lat też chcę spróbować, ale terminy się za każdym razem przesuwają, a razem z nimi perspektywa pierwszej wspinaczki. Zastanawiam sie, jak najlepiej przygotować się do takiego debiutu. Piszesz, że ważne są (też) silne nogi, jest zatem nadzieja dla tych o słabszych ramionach? Pozdrawiam