3 lata na emigracji 28 komentarzy


Dokładnie 3 lata temu (jej! ale ten czas leci!) zamknęłam za sobą drzwi mojego malutkiego mieszkania na Woli i wsiadłam w samolot do Chin. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już ich więcej jako domownik nie otworzę, że swoim domem będę nazywać miejsca, do których do tej pory wędrowałam tylko palcem po mapie. Dziś mijają mi 3 lata na emigracji. 3 lata od kiedy wywróciłam do góry nogami swoje życie.

Co przeżyłam?

Przez te 3 lata mieszkałam w 2 krajach- większość w Chinach (TU możecie poczytać o moich perypetiach w Państwie Środka) i chwilę we Francji (a TU o mojej Francji). Aktualnie, choćby nie wiem jak absurdalnie to brzmiało, nigdzie nie mieszkam- nie mam stałego adresu pobytu, ani żadnego, na który wiem, że po skończonej podróży wrócę.

Przez te 3 lata odwiedziłam 17 krajów, ale nie ilość mnie tu cieszy najbardziej a fakt, że mogłam je poznawać niespiesznie, po swojemu, bez wyliczonych co do jednego dni urlopu, bez wewnętrznego głosu siejącego terror, że coś muszę bo jestem tu pierwszy i ostatni raz, bo nie zdążę, bo nie będę miała już nigdy więcej okazji.

Przez te 3 lata spotkałam na swojej drodze niezliczoną liczbę ludzi. Z niektórymi z nich nawiązałam przyjaźnie, od niektórych czegoś nowego się nauczyłam, niektórych polubiłam, a innych nie. Byli tacy, którzy bardzo mi pomogli, byli tacy którzy próbowali zaszkodzić. Jedni uśmiechali się szczerze, inni nie, niektórzy wcale. Jak to w życiu.

Przez te 3 lata mnóstwo rzeczy zrobiłam po raz pierwszy, wiele z nich nie po raz ostatni. Po raz pierwszy mieszkałam w kraju nie rozumiejąc języka jego mieszkańców, po raz pierwszy pracowałam jako nauczyciel, po raz pierwszy dzieliłam mieszkanie z ludźmi z innych krajów (kontynentów nawet), po raz pierwszy zaprzyjaźniłam się z ludźmi z innych krajów (i kontynentów), po raz pierwszy pracowałam z dziećmi, po raz pierwszy nurkowałam i wspinałam się, po raz pierwszy jadłam niezliczoną ilość nieznanych w Europie potraw i kilka typowo francuskich, po raz pierwszy świętowałam Żydowski Nowy Rok, Chiński Nowy Rok, Święto Dziękczynienia, Dzień Niepodległości Brazylii, Dzień Niepodległości Francji i Szabat, po raz pierwszy dostałam kwiaty na Dzień Nauczyciela, po raz pierwszy wróciłam w egzotyczne miejsce drugi raz bo mi się bardzo podobało, po raz pierwszy weszłam na ponad 3700 metrów, co jest moim największym jak do tak pory sportowym wyczynem, po raz pierwszy miałam w domu żółwia i po raz pierwszy pływałam z olbrzymim żółwiem w morzu, po raz pierwszy miałam na podwórku basen, po raz pierwszy próbowałam okiełznać skrzydło do speedflyingu, po raz pierwszy spałam na podłodze i na lotnisku,  po raz pierwszy miałam w domu karaluchy.

Te 3 lata obfitowały w zwroty w moim życiu osobistym i zawodowym.

Zakochałam się z wzajemnością (we Francuzie, a jeszcze 3 lata temu zarzekałam się, że tylko Polak), zawarliśmy związek partnerski, nosimy obrączki, jej!

Wyruszyłam w podróż, której planem jest lista marzeń, a celem odnalezienie nowego domu dla NAS (TU możecie śledzić naszą trasę).

Rozkręciłam bloga, który zyskał sporą popularność, udało mi się zbudować wobec niego bardzo fajną społeczność pozytywnych ludzi (tak, to też o Tobie!), zdobyłam nagrodę Travelera, NAPISAŁAM KSIĄŻKĘ „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin” i wydałam ją z wymarzonym wydawcą- National Geographic. Zaczęłam realizować swój stary/nowy (jeszcze z dzieciństwa, dawno z rezygnacją porzucony) plan zawodowy i publikować w magazynach podróżniczych.

Czego nie zdążyłam?

Mam też listę rzeczy, których nie zrobiłam… Nie byłam na żadnych z wszystkich trzech urodzin mojej siostrzenicy (wyjechałam chwilę przez pierwszymi) ani przy narodzinach drugiej córki mojej siostry. Nie byłam z moją rodziną, gdy moja mama była operowana ani kiedy mój ojciec trafił w ciężkim stanie do szpitala. Nie byłam przy narodzinach drugiego syna mojej najlepszej przyjaciółki. Nie byłam na trzech weselach bliskich przyjaciół. Nie byłam na niezliczonej ilości imprez urodzinowych, parapetówek, oblewaniach awansu, spływów kajakowych, wyjazdów snowboardowych i rowerowych, na których byli moi przyjaciele i na których też chciałabym być.

Co mnie najbardziej w mnie samej zaskoczyło?

Nawiększym zaskoczeniem było dla mnie to, że nigdy, nawet przez moment nie chciałam wrócić. Nawet wtedy gdy tęskniłam, nawet wtedy gdy było mi ciężko, nawet wtedy gdy nie wiedziałam co dalej- a takie momenty też przeżyłam, takie momenty to też część życia i wyjeżdżając na emigrację czy w podróż nie uda nam się ich ominąć. Moja postawa zaskoczyła mnie tym bardziej, że ja nigdy, absolutnie nigdy nie zakładałam stałej emigracji. Owszem, kusiło mnie wyjechać na rok, dwa, trzy. Po to by przeżyć przygodę, ale również po to, by dzięki zdobytym doświadczeniom i zaoszczędzonym funduszom po powrocie do kraju żyło mi się lepiej, pełniej. Gdy myślałam o domu, tym wymarzonym z ogródkiem, on zawsze był w Polsce. Na swoje polskie życie nie narzekałam. Miałam super przyjaciół (tak super, że dalej ich mam!), dobrą pracę, małe ale przytulne mieszkanie, mały ale żwawy samochód. Więc czemu nie chcę wracać? Mimo że, jak wspomniałam akapit wcześniej, mam (również) poczucie straty?

Każda decyzja jaką podejmujemy niesie za sobą konsekwencje- zarówno te dobre jak i te, których wolelibyśmy żeby nie było. W życiu nie ma nic za darmo i za każdy krok jaki stawiamy musimy zapłacić jakąś cenę. Czy to oznacza, że mamy stać w miejscu? No właśnie. Niezależnie czy decydujemy się na karierę, rodzinę czy podróżowanie, wiąże się to z jakimiś poświęceniami, jakimiś wyrzeczeniami. Owszem, możemy zawsze stanąć po środku i mieć wszystkiego po trochu (tych podróży, rodziny, kariery) ale to, uwaga, również nie jest za darmo! Za wszystko musimy zapłacić: nieprzespanymi nocami, mniejszym mieszkaniem, rozłąką z rodziną, brzydszą kanapą, niższą pensją, krótszym urlopem, sobotą w pracy, tańszym przedszkolem, późniejszym awansem, nerwicą, kłótnią z mamą, rozstrojem żołądka, mniejszą ilością czasu dla dziecka. Tak samo jest na emigracji, tak samo jest w podróży. Życie to nie tylko rurki z kremem- zarówno tu jak i tam, daleko.

A tam daleko….

A tam daleko odnalazłam rzeczywistość, która choć ani nie jest piękniejsza, ani łatwiejsza, fascynuje mnie bardziej, która sprawia, że moj umysł pracuje na zwiększonych obrotach, pomysły szturmują głowę, a małe rzeczy cieszą. Hasła klucze to inność i różnorodność. Tak, to one pociągają mnie w tym dalekim świecie. Inność otoczenia i inność, którą odnajduję w sobie zmieniając się pod wpływem świata, który poznaję z coraz to innej perspektywy. Świata, który ze względu na swoją inność interesuje mnie i który ze względu na moją odmienność zainteresowany jest mną. Świata, który reaguje, pyta, śmieje się, uczy, fascynuje. Świata, przy którym ten Polski, jednolity, znany od dziecka, wydaje się… nudny.

Pamiętam moją chwilę zwątpienia gdy zostawiałam Chiny na rzecz Francji. Zamknęłam się w domu, nie miałam ochoty się żegnać, nikogo widzieć. Powiedziałam wtedy współlokatorowi, że czuję się jakbym nigdzie nie przynależała bo tu już prawie mnie nie ma, ta rzeczywistość mnie już jakby nie dotyczy, a tam będę znowu obca, że czuję, że nigdzie nie mam teraz domu. On popatrzył na mnie z niedowierzaniem i powiedział: „Przecież twój dom jest wszędzie!”. I wiecie, te chwile gdy to czuję, wynagradzają wszystko. Gdy czuję wolność i bliskość z otaczającym mnie światem jednocześnie. Gdy odpowiadam na uśmiechy przypadkowych ludzi spotkanych na drodze i odkrywam nowy smak podarowanej przez nieznajomego zupy. Gdy czuję się bezpieczna i mile widziana gdzieś daleko, gdzie jeszcze kilka lat temu dotrzeć nie śniłam. Gdy poznaję nowe prawdy i nowe perspektywy. Doświadczam i  przeżywam- inne i inaczej. A życie w kraju odległym nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim kulturowo, fakt, że odnalazłam szczęście zdala od wzorców i zwyczajów, które wpajano mi od dziecka, zdala od wszystkiego co znane, od rodziny, od przyjaciół, pozwolił mi uwierzyć, że mogę wszystko. To wielki komfort i siła kroczyć przez życie z takim przekonaniem. To pozwala marzyć jeszcze odważniej.

A gdybym w magiczny sposób mogła cofnąć czas nie tracąc wspomnień z minionych 3 lat? Co bym zrobiła? 20 września 2012 zamknęłabym za sobą drzwi mieszkania na warszawskiej Woli i wsiadła w samolot do Chin. Tylko spakowałabym do walizki kilka kilogramów żółtego sera.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

28 komentarzy do “3 lata na emigracji

  • paula

    dopiero trafiłam na twojego bloga, to pierwsyz post, który czytam, ale na pewno nadrobię resztę! moim marzeniem tez jest podrozowac, zyc po prostu gdzie indziej… pozdrawiam

    • Matylda

      hej, ja musze jeszcze chwile poczekac, nie popłakałam sie przez menadzera ale jestem od [iatku w nerwach ichce odejsc i zrobie to. qrwica mnie bierze jakludzie nie sznija wspolpracowników.Pezepreaszam cztrajacych za słowo na Q….
      Matylda

    • Matylda

      robię 1 krok aby odejść z pracy, następny aby zamknąć drzwi od również małego mieszkania, nazwanego typ studio…
      Dalej…oby jak najdalej….
      🙂

  • Wiola Starczewska

    Wzruszający tekst, tak, chyba tak mogłabym go nazwać. Ciekawa jestem gdzie znajdziesz ten dom! Też jestem w podróży już od ponad trzech lat, ale widać muszę się lepiej postarać, bo ani książki, ani narzeczonego…:)

    • matylda

      Ja Wam dziewczyny pozytywnie zazdroszcze,ze nie zamierzacie wrócic nie tyle,ze do Europy ale do KRAJU NIE RAJU NAD WISŁA I BAŁTYKIEM.

      🙁

  • Nataia Watras

    Nie żyję w ciągłej podróży, a jednak w wielu miejscach czuję się niemal jak u siebie, mogłabym zostać tam bardzo długo. Nie wiem, czy nazwałabym to domem, pewnie nie, ale wiem, że chcę poznać te inne miejsca w ten sam sposób- bez pośpiechu i goniących terminów.
    Powodzenia i gratuluję rozpoczęcia realizowania dawnych marzeń- to jest jakaś szansa, że może i mi się uda:)

  • KasiaN

    Wzruszyłam się, tym bardziej, że choć mój świat tak odległy nie jest, mnie marzenie pogoniło zaledwie do Włoch, jednak wiele podobieństw tu znalazłam…
    Piękny blog.

  • Paula

    Uwielbiam Twojego bloga. Do Chin wyjechałam w tym samym czasie co Ty a mojej mamie i znajomym podsyłałam notatki z Twojego bloga żeby poczytali jak to jest żyć wysokiej blondynce w tym kraju. Jak na razie przyjeżdżam do Polski tylko na wakacje, uwielbiam Chiny i myśl o nieuchronnej wyprowadzce już mnie stresuje. Ale przecież jest jeszcze tyle miejsc do zobaczenia i pomieszkania. 🙂

  • Karolina Wozniak

    Rewelacyjny tekst. Najwazniejsze w zyciu to byc szczesliwym. Z tego co czytam to mimo tych kilku chwil ktore stracilas przez wyjazd, jestes szczesliwa i potrafisz docenic to szczesie. Tak trzymaj! I pisz bo super sie „ciebie” czyta.

  • Martin Januszewski

    U mnie na jesieni stuknie… 26 lat! I mimo że pod wieloma rzeczami mogę się podpisać (żółw w mieszkaniu, karaluchy itp), to… od prawie 20 lat wiem, że mój dom jest w Berlinie.
    Nawet pracując za granicą w krajach które mi się naprawdę spodobały, zawsze cieszyłem się na koniec kontraktu i powrót do Berlina, a teraz moją miłość do tego miasta przekazuje dalej jako przewodnik miejski i terenowy (www.przewodnik.berlin)

  • Izabela Szewczak

    Jeszcze kilka miesiecy i stuknie 9lat, znowu zmienilam kraj zamieszkania i wciaz szukam swojego miejsca, ludzac sie, ze w koncu je znajde 😉 jedno jest pewne – podroze ksztalca i ucza nas przede wszystkim poznawac siebie. Pomyslnych wiatrow … pozdrawiam ze Skandynawii 😉 😉 😉

  • Karolina

    Nie mogę się doczekać takiego momentu w życiu kiedy powiem, że mój dom jest „wszędzie”. A na pewno za jakiś czas taki nastąpi. Zresztą nie trzeba żyć w podróży żeby być zmuszonym do podejmowania decyzji pt. pasja czy rodzinne obowiązki. Przyznaję szczerze, że choć najważniejszych okazji związanych z bliską rodziną staram się nie omijać, to już wszelkie wesela i imprezy cioć i wujków do mnie nie przemawiają. Wolę zaoszczędzić dni wolne na wyjazd, póki jeszcze muszę mieścić się w urlopowym zakresie. A to sprawia że czasem ludzie mają mi to za złe albo obgadują za plecami. Niemniej, jeśli taka ma być cena szczęścia… czemu nie? (-:

  • Samorozwijalnia

    Czytam Cię i zastanawiam się czy dla mnie ten bilans nie sprawiłby, że straty byłyby dla mnie większe niż zyski.. Z jednej strony zawsze marzę o podróżach i na każdym kroku obiecuję sobie zwiększyć ich ilość w moim życiu, z drugiej- straty o których piszesz tak mnie wzruszyły, że dały mi do myślenia. Bardzo. 🙂