Ekas na Lombok – w rytmie rybackiej wioski 9 komentarzy


Do Ekas przyjechaliśmy z Kuty Lombok na pace pickupa. Jeszcze nie zdążyliśmy się z niej zgramolić gdy zaczepił nas miejscowy oferując wskazanie homestayu. Cena jaką zaproponował odpowiadała naszemu budżetowi więc łaskawie zgodziliśmy się sprawdzić- jeszcze nie wiedzieliśmy, że miejscowi z Kuty nie przesadzali mówiąc, że jedziemy na koniec świata i że Ekas Beach Homestay to jedyne miejsce w wiosce, gdzie można przenocować i zjeść coś ciepłego, przy czym „coś” oznacza naleśnika z bananem rano, mie goreng na lunch i rybę z ryżem wieczorem (miejsce jedyne w naszym budżecie- kilka kilometrów od Ekas, po środku malowniczego niczego znajdują się jeszcze dwa małe resorty z bambusowymi bungalowami w cenie 300 000 IDR, ale my przeznaczyliśmy na noclegi na Lombok nie więcej niż połowę tej kwoty). W homestayu poza nami mieszkali turyści z Francji (codziennie inni, ale zawsze z Francji), po podwórku biegały bose, mówiące po francusku indonezyjskie dzieci (czy tylko mnie to dziwi?).

Rytm naszego dnia wyznaczała wędrówka słońca: o piątej po południu, chwilę przed jego zachodem wypływaliśmy z naszym gospodarzem zarzucić sieci. Rano, jeszcze zanim słońce wychyliło się zza horyzontu, płynęliśmy je zebrać, a następnie na wodną farmę kołyszącą się na spokojnych wodach Zatoki Ekas, połowem nakarmić hodowane tam homary.

Popołudnia spędzaliśmy penetrując okolicę na skuterze, co i raz wskakując w orzeźwiające fale oceanu. Przed kołami przebiegały nam beztroskie dzieci wykrzykujące wesoło pozdrowienia i ogromne jaszczury, które na szczęście nie krzyczały nic (to by mogło odrobinę zaszkodzić mojemu poczuciu „jej, ale fajnie”). Przyglądaliśmy się pracy rybaków i poławiaczy pereł, smakowaliśmy świeżo zebranej z pola soli.

Najpiękniejszą plażę z białym piaskiem, malowniczymi klifami, idealnym do kąpieli miękkim dnem i wiatrem pachnącym świeżością, przyjemnie chłodzącym ciało i seksownie rozwiewającym włosy znaleźliśmy na południowym krańcu półwyspu (dla orientacji dodam, że mieliśmy z niej widok na maluteńką wysepkę Gili Tenge). Nie wiem czemu, ale kojarzyła mi się ona z południowym wybrzeżem Australii. Towarzyszącej nam parze Franzuzów też, więc chyba coś w tym jest.

Słynną w okolicy Pink Beach, która zgodnie z nazwą miała być różowa, zgodnie uznaliśmy za przereklamowaną- potrzeba było bowiem dużej porcji wyobraźni żeby dopatrzeć się jej rzekomego koloru (którego miała nabrać dzięki drobinkom koralowca wymieszanym z piaskiem). Dodatkowo tyłek mało mi nie odpadł na wybojach, które do niej prowadzą (z wioski Ekas to spory kawałek) i spotkaliśmy na niej innych ludzi, a my już tacy rozpieszczeni jesteśmy, że tylko dzikie plaże całe dla nas wchodzą na listę „naj” (a kto podróżującemu zabroni). W ogólnym rozrachunku jednak jechać tam nam się opłaciło, gdyż po drodze trafiliśmy na lokalny festyn z okazji Dnia Niepodległości Indonezji, którego staliśmy się niekwestionową atrakcją. Fotka z nami była towarem tak porządanym, że zaproszono nas na scenę na sesję zdjęciową. Świateł reflektorów nie było bo słońce za mocno świeciło, ale był czerwony dywan i sztuczne kwiaty jak na przyjęcie międzynarodowych gwiazd przystało. Takich honorów nie doczekaliśmy się na regionalnym konkursie maszerującej młodzieży, na który pojechaliśmy za namową naszego gospodarza, ale chociaż odetchnęliśmy z ulgą, że te wszystkie marszowe ćwiczenia, które obserwowaliśmy w ostatnich dniach w każdej najmniejszej wiosce, to nie żadna mobilizacja zbrojna.

– Miałem kiedyś gościa z Polski. Śmiesznie, bo miał na imię Adam, a to imię pierwszego człowieka z Koranu- naszej Biblii – zagadał raz do mnie gospodarz rozplątując rybacką sieć.

– W Biblii też Adam jest pierwszym człowiekiem. To także katolickie imię – wyjaśniłam.

– Naprawdę? – zdziwił się, trochę rozczarowany tym, że anegdotka o imieniu Adam nie była dla mnie tak śmieszna, jak zakładał. Po chwili namysłu dodał – No tak, w końcu wszyscy ludzie na Ziemi jesteśmy braćmi, nie ważne jak nazywamy swojego boga. Wszyscy ludzie z jednej rodziny, wyobrażacie sobie? – zaśmiał się głośno i serdecznie.

Więcej zdjęć z Ekas w galerii: Pocztówki z Ekas. Zapraszam!

Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 komentarzy do “Ekas na Lombok – w rytmie rybackiej wioski