W wakacyjnym rytmie: południowy Wietnam 1 komentarz


Czasami wchodzę w tryb podróżniczego szaleńca (co prawda coraz rzadziej, ale jednak) i staram się zobaczyć jak najwięcej, skorzystać ze wszystkich atrakcji, niczego nie przegapić, nie stracić żadnej „jedynej okazji”. Czasami natomiast, już od pierwszego dnia w danym miejscu czuję się jak na swojskich wakacjach na działce pod miastem i wtedy zwalniam, odpuszczam, rozkoszuję się przywilejem ucieczki przed czasem, który innych goni, a mi właśnie daje odetchnąć. Taki wolny tryb włączyłam w Wietnamie- bo czy jest sens ciągle gdzieś gonić?

Wietnamskie wakacje zaczęliśmy na południu, w Ho Chi Minh, które pokazało mi się dokładnie takie, jakie widziałam je oczami wyobraźni: duże, zatłoczone i głośne. Rzeki skuterów mknące na oślep, uliczni sprzedawcy próbujący przekrzyczeć ryk silników: „Papierosy, papierowe wachlarze, losy na loterię, marihuana? Specjalna cena tylko dla ciebie! Happy hour!”, zapachy wędrujące z restauracyjnych i barowych kuchni uwodzące nozdrza, kolorowe neony nadające krajobrazowi miasta kiczowaty charakter. Rzeczywiście mają tu niezły Sajgon. Zamieszkaliśmy w backpackerskim Dystrykcie 1, pełnym tanich hosteli i barów (w bardzo przyjemnym, położonym w małej cichej uliczce, ale blisko centrum sajgońskiego „wszechświata” hotelu Ngoc Phu), skąd… niewiele się ruszaliśmy bo a) nie lubimy zwiedzać azjatyckich miast, b) przyleciała do mnie przyjaciółka z Polski i nie było czasu na takie „głupoty”, bo trzeba było nadrobić wszystkie nieprzegadane razem noce i niewypite razem piwa.
Zwiedzanie miasta sobie podarowaliśmy, ale postanowiliśmy wybrać się do delty Mekongu. Jako że włączyliśmy wszyscy tryb wakacyjny, zdecydowaliśmy się na wybitnie turystyczną atrakcję, czyli wycieczkę zorganizowaną- nie mieliśmy ani zacięcia, ani funduszy żeby organizować na własną rękę transport z miasta i łódkę. Poszliśmy na popularną łatwiznę, z nadzieją, że może (jak w przypadku rejsu po jeziorze Inle w Birmie, który owszem był momentami bardzo turystycznie kiczowaty, ale pozwolił też zobaczyć skrawek codziennego życia mieszkających na wodzie ludzi) nie będzie tragedii, coś zobaczymy, coś z tego wyniesiemy, a w najgorszym wypadku tylko się pośmiejemy. Oh, gorzki był to śmiech. Wycieczka do delty Mekongu na mojej prywatnej liście zorgaznizowanych atrakcji zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Nie zobaczyliśmy absolutnie nic prawdziwego i godnego uwagi. Zabrano nas do działających specjalnie na potrzeby turystów wytwórni cukierków kokosowych, prażonego ryżu, miodu i papieru ryżowego. Pokazano nam pływający targ, który był kilkoma dużymi łodziami, na których nie udało nam się nawet dostrzec towaru (poza kukurydzą i słodkimi ziemniakami zatkniętymi na wysokich tyczkach, będącymi drogowskazem dla kupujących co jest sprzedawane na danej łodzi), ani żadnego kupującego (ewidentnie nie były to godziny targowe). Nakarmiono wyjątkowo nijakim jedzeniem (o co w Wietnamie nie jest tak łatwo) i odwieziono do Sajgonu. Nigdy więcej nie dam się wrobić (sama się wrobiłam oczywiście) w poczucie, że jakiejś atrakcji nie da się opuścić. Da się! A czasem nawet trzeba. Całe szczęście byliśmy taką ekipą, z którą nawet najbardziej bezsensownie spędzony czas, nie jest czasem straconym.
Jeszcze raz daliśmy się złapać na swoje lenistwo, kupując bilet na pociąg w biurze turystycznym zamiast bezpośrednio na dworcu- w ten sposób zapłaciliśmy podwójną (!) cenę. Postanowiliśmy jednak nad tym nie płakać jak nad rozlanym mlekiem (szczególnie, że fanką mleka nie jestem) i w doskonałych nastrojach dotarliśmy do nadmorskiego Mui Ne, słynącego z kitesurfingu i… rosyjskich turystów. Jako że za chwilę mieliśmy świętować moje urodziny (czytaliście mój urodzinowy wpis?), zdecydowaliśmy się na zakwaterowanie w trochę lepszym niż zazwyczaj standardzie i zatrzymaliśmy się w Mui Ne Hills Budget. Zatrzymaliśmy się w bardzo dosłownym tego słowa znaczeniu- bo jak tu się gdzieś ruszyć, gdy do dyspozycji ma się dwa baseny? Każdemu czasem należy się trochę bezwstydnego lenistwa (obżarstwa i opijstwa też) w towarzystwie przyjaciół, a wygodnie turystyczne Mui Ne doskonale się do takich celów nadaje. Są tu restauracje i bary różnych kuchni (wietnamskiej, japońskiej, włoskiej, amerykańskiej, rosyjskiej, indyjskiej, tajskiej, chińskiej) i różnej klasy, są plażowe bary z muzyką do leżenia w hamaku i plażowe kluby z muzyką do skakania po piachu. Skakaliśmy więc, zarówno w plażowych klubach jak i po wydmach, z których słynie okolica. Zajadaliśmy wietnamskie bagietki na śniadanie, tłumaczyliśmy sklepikarzom, że nie jesteśmy z Rosji, wylegiwaliśmy się nad basenem, penetrowaliśmy na skuterach okolicę, gapiliśmy się na popisy kitesurferów, spacerowaliśmy po plaży i próbowaliśmy znaleźć klucz, według którego tutejsze sklepy dobierają asortyment, bo choć trochę już Azji zwiedziłam, to jeszcze papierosów i alkoholu w aptece, czy też herbaty i kawy u jubilera nigdzie wcześniej nie widziałam. Po kilku dniach takiego słodkiego lenistwa, włożyłam trapez (kitesurferski pas) i kask, i rozpoczęłam swoją przygodę z nowym sportem, ale o tym opowiem już w następnym wpisie Mui Ne – tu pokochasz kitesurfing!

Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “W wakacyjnym rytmie: południowy Wietnam

  • alejazda.news

    Nam się Sajgon bardzo podobał, pomimo całego gwaru, hałasu i tłoku. Wyszliśmy poza turystyczny dystrykt i tam gdzieś w małych uliczkach było prawdziwe życie 🙂 Deltę Mekongu też zaliczyliśmy z wycieczką i była to nasza pierwsza zorganizowana wycieczka (i chyba ostatnia póki co). Faktycznie trochę pod turystów wszystko robione, ale były momenty kiedy dało się zboczyć z trasy i zobaczyć coś więcej na własną rękę. Jednak cena była tak niska (około 30 zł/os z bardzo smacznym obiadem), że ostatecznie nie narzekaliśmy 😉