Pół roku w podróży za nami, a co przed nami? 41 komentarzy


6 miesięcy temu ruszyliśmy tropem naszych marzeń. Pół roku w podróży, a śmignęło przed naszymi oczami jak krótkometrażowy film. Czemu jak film? Bo to o wiele, wiele za krótko, żeby w pełni uczestniczyć w egzotycznej rzeczywistości. My ją tylko oglądamy- jak w kinie. Czasem patrzymy uważnie, z nieskrywaną ekscytacją, ale… zdarza nam się i z nudów lub zmęczenia przysnąć.

W ciągu tych 6 miesięcy spędziliśmy 2 dni w Kijowie, 10 dni w Chinach (Pekin i góry Lingshan), 2 miesiące w Indonezji (Lombok i Jawa), 3 tygodnie w Malezji, miesiąc w Birmie, Wietnamie, Tajlandii i oto jesteśmy w połowie swojego miesięcznego pobytu w Laosie.

    Czym podróż A&A dookoła świata różni się od poprzednich wyjazdów?

    Nie spieszy mi się. Pobyt w danym kraju ogranicza wyłącznie długość wizy (którą z reguły da się przedłużyć), a pobyt w danym miejscu? Również, bo… patrz punkt kolejny.

    Przestałam zwiedzać. Nie wchodzę (już) do każdej świątyni, nie zaliczam wszystkich miast, jaskiń, wodospadów, parków narodowych z Lonely Planet. Ba, w ogóle już Lonely Planet nie czytam. Jeśli łapiemy zajawkę na kite, to siedzimy w wietrznym Mui Ne dwa tygodnie, nie przejmując się, że przez to nie dotrzemy do Halong Bay czy Sapy. Jak będzie nam naprawdę zależało żeby zobaczyć te miejsca, to przyjedziemy do Wietnamu jeszcze raz. Jak mi się spodoba taras z widokiem na rzekę w Vang Vieng i stwierdzę, że super będzie mi się na nim pisało, to zostajemy dwa tygodnie, a może i trzy. Nie zobaczymy przez to południa Laosu, ale czy naprawdę musimy? Kiedy mi taką przyjemność sprawia, że tutejsza pani od śniadaniowych kanapek już pamięta, że dla mnie jajko na twardo, a nie smażone i bez cebuli.

    Jadam czasami europejskie jedzenie. Bo uwielbiam włoską kuchnię, francuskie bagietki i ser. Bo życie bez pizzy ma gorszy smak. W ogóle robię więcej rzeczy, które wcześniej miałam zarezerwowane dla trybu stacjonarnego. Maluję usta, oglądam seriale, czasem nic nie robię i nie mam poczucia straty ani wyrzutów sumienia. Przecież ta podróż to moje życie, życie w drodze, ale życie. Codzienność. Czemu miałabym nie robić na codzień rzeczy, które lubię robić?

    Czasem pozwalam sobie na odrobinę luksusu. Co wynika z punktu poprzedniego. Wiodąc stacjonarne życie lubiłam napić się dobrego wina, zjeść w dobrej restauracji. Miałam wygodne łóżko i jedwabną pościel. Teraz zdarza mi się spać na podłodze, na dworcowym fotelu, w autobusie czy w pokoju o wyglądzie i zapachu więziennej celi. Zdarzyło się, że przez kilka lat dni jedliśmy wyłącznie smażony ryż z kapustą i cebulą, czy myliśmy się pod pompą do nawadniania pola, bo w wiosce nie było wody. Takie sytuacje są częścią przygody, ale gdybym od czasu do czasu nie zrekompensowała sobie ich hotelowym basenem i kieliszkiem dobrego wina, a ważnych wydarzeń nie świętowała szampanem, to myślę że mogłyby mnie te przygody po pół roku zmęczyć.

    Nie ekscytuję się już tak bardzo wszystkimi ludźmi poznanymi w drodze. Przestały mnie interesować wyliczanki kto gdzie był i gdzie jedzie. Pytanie skąd jestem, zadane przez pytaniem o moje imię, zaczyna mnie nawet drażnić. Wiem już, że po większość backapackerskich rozmów rozgrywanych według takiego samego scenariusza, nie pozostanie nawet ulotne wspomnienie. I to po pięciu minutach od kiedy padnie ostatnie słowo. Wiem już, że ludzie z którymi spędzę szaloną noc na imprezowaniu, na drugi dzień nie będą pamiętać nawet mojej twarzy. Duże chętniej (i odważniej niż wcześniej) rozmawiam z lokalsami (o ile język pozwoli), bardzo cenię sobie również spotkania z emigrantami z Europy, blogerami podróżniczymi i podróżnikami, którzy uprawiają te same co my sporty. Same podróże jako wspólny temat do całonocnych rozmów to jednak za mało, bo i ludzie, i ich podróże bardzo się od siebie różnią.

    Uprawiam więcej sportów. Po pierwsze: bo mój francuski góral zaraził mnie swoją miłością do gór. Po drugie: bo samo przemieszczanie się z miejsca na miejsce jako forma podróżowania przestało mnie satysfakcjonować. Szukanie miejsc na mapie, gdzie mogę poddawać swoją wytrzymałość kolejnym próbom i gonić nowe przygody dużo bardziej do mnie przemawia. Po trzecie: bo wyszłam ze swojej strefy komfortu, spróbowałam sportów, których się bałam (wspinaczka, kitesurfing), dokonałam rzeczy, których myślałam, że nigdy nie dokonam (wejście na wulkan Rinjani i Semeru) i mam apetyt na więcej, więc… robię formę.

    Jakie mamy plany na kolejne pół roku w drodze?

    Apetyt rośnie w miarę jedzenia, apetyt na góry również. Adrien już trochę marudził, że nie ma gdzie latać (jeśli jesteście ciekawi czym jest speedflying i co on wyprawia, to zajrzyjcie na jego kanał Youtube o TU), a mi marzenia o zdobywaniu ośnieżonych szczytów przestały wydawać się nieosiągalne. Przemeblowaliśmy więc swoje plany (chyba po raz setny) i postanowiliśmy spędzić końcówkę zimy i wiosnę w Nepalu. W międzyczasie, dzięki Waszym głosom, zostałam zaproszona na dwutygodniowy road trip po Kerali- dziękuję, dziękuję jesteście najlepsi! Plan wydawał się więc idealny: ja polecę w lutym do Indii, Adrien do Francji dobrać wysokogórski sprzęt i cieplejsze ubrania, i spotkamy się w Nepalu.

    Czy może być lepszy plan od planu idealnego? Może! Bo w międzyczasie Adrien wraz z trójką przyjaciół zgłosili swój 360° Flying Project do międzynarodowego konkursu Claim Freedom i… wraz z szóstką zespołów sportowców ekstremalnych z całego świata, wygrał realizację swoich marzeń, czyli pełny sponsoring Adidas Outdoor! Bo marzenia trzeba gonić i łapać za rogi, prawda? A co chłopcy sobie wymyślili? W ramach 360° Flying Project Adrien i jego zespół w kilka lub kilkanaście dni (w zależności od warunków pogodowych) zdobędą trzy wulkany, każdy powyżej 6000 metrów (najwyższy to aż 6520 metrów) i jako pierwsi w historii zlecą z nich na skrzydłach do speedflyingu! A gdzie? W Parku Narodowym Sajama w Boliwii! A wiecie co to oznacza? Przenosimy się do Ameryki Południowej! Uuuuhuuuu!!!

    A w międzyczasie… dostałam zaproszenie na kilkudniowy wyjazd do Zanzibaru- zarywane nad blogiem noce zaczęły przynosić najlepsze z najlepszych benefity: podróżnicze! Lecę więc do Boliwii przez Indie, Zanzibar, Polskę i Francję. Pierwszy raz swoje stopy w Ameryce Południowej postawimy na początku kwietnia i planujemy zostać tam 5, może nawet 6 miesięcy. Na pewno zjedziemy Boliwię i Peru, na pewno spróbuję zdobyć swój pierwszy pięciotysięcznik, a jak dobrze pójdzie to może i sześcio? Na pewno odwiedzimy Salar de Uyuni i Machu Picchu, na pewno pójdziemy na trekking w Coldilliera Blanca (a może na dwa, może na trzy?), na pewno podejmę próbę zdobycia wulkanu Licancabur, zobaczymy Laguna Verde, i spróbujemy sandboardingu w Huacachima. I co jeszcze? Co jeszcze?! Aaaaaa witaj przygodo! Witaj Ameryko Południowa, nadchodzimy!


    Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

    Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

    Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


    O Aleksandra Świstow

    Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    41 komentarzy do “Pół roku w podróży za nami, a co przed nami?