Przebudzenie w Yangon 2 komentarze


Coraz częściej mam wrażenie, że tak bardzo wsiąkłam w azjatycką rzeczywistość, tak bardzo przyzwyczaiłam się do otaczających mnie dziwactw, że mi one znormalniały, że straciłam reporterską czujność, podróżniczą ciekawość, bystre oko fotografa. Uderza mnie to szczególnie, gdy oglądam swoje zdjęcia lub czytam wpisy sprzed kilku lat, lub gdy słucham zachwytów i tłumaczę swoje oczywistości zaskoczonym początkującym odkrywcom azjatyckiego lądu. Uczucie to poddaje w wątpliwość sens mojego podróżowania po tej części świata- może jeśli być tu, to czas zapuszczać korzenie, mierzyć się z nowymi wyzwaniami budowania (w przenośni rzecz jasna) domu? A nie tak włóczyć się zbalazowaną, gdy już nic nie potrafi zaskoczyć? Gdy całymi tygodniami nawet nie chce się aparatu z torby wyjmować? I nagle bum! Birma!

Już w taksówce z lotniska w Yangon moja czujność wzrosła- czemu kierownica jest po prawej stronie i samochód też jedzie po prawej stronie jezdni? Przemiły taksówkarz zaproponował wodę, ciastka, cukierki, ładowarkę do telefonu, serwetki i poduszkę (bo może zmęczeni po locie chcielibyśmy się chwilę zdrzemnąć?). Na koniec wręczył nam swoją wizytówkę i pożegnał pięknym uśmiechem. W hostelu trzech zaaferowanych chłopców w spódnicach skakało wokół nas jakby ktoś ich oblewał gorącą wodą- tyle, że wszyscy trzej pięknie się uśmiechali. Kilka minut po zameldowaniu, gdy tylko zrzuciliśmy plecaki, usłyszałam pukanie do drzwi. Otwieram i widzę birmańskiego chłopca oblanego rumieńcem, dwóch innych, równie zawstydzonych młodzieńców coś pokrzykuje za jego plecami i delikatnie go w moją stronę popycha, chyba żeby dodać mu odwagi. Czy kawę chcę- chłopiec mnie pyta. Chcę, nawet dwie, więc i pukanie powtarza się dwa razy, bo i kawę trzeba przynieść (pyszną) i cukier, i łyżeczkę. Wszystko dwa razy.

Wychodzimy na ulicę, potrącam zawiniątko wiszące na długim sznurku przytwierdzonym do okna na trzecim piętrze. W zawiniątku zupa. To nie jeden sznurek, to cały sznurkowy gąszcz, a na tych sznurkach dyndają torebki, koszyczki, puszki, a w nich ryż, pieniądze, warzywa, w niektórych curry. Przecież to jałmużna dla mnichów!

Samochody trąbią, przechodnie uśmiechają się, sprzedawcy zapraszają uprzejmym gestem na swoje stoiska. Na ulicach Yangon jest tłoczno i gorąco. Przeciskamy się między straganami, maszerujemy gwarnymi ulicami. Betelowi sprzedawcy sprawnymi ruchami rolują zawiniątka, które żuje cały kraj, uliczny golibroda z gracją czyni swoją powinność, piękna dziewczyna z misternym wzorem z thanaki na policzkach zamawia przez ladę rozmowę telefoniczną, mniszki w różowych szatach śpiewem upominają się o jałmużnę, a ja biegam z rozdziawianą buzią, z szeroko otwartymi oczami, chłonę, obserwuję, zdjęcia pstrykam. Znów to czuję! Tą ciekawość, tą ekscytację, tą fascynację nowym!

Wieczorem trafiamy na uliczną celebrację Festiwalu Światła- wszystko wokół migocze, a główną atrakcją jest drewniany diabelski młyn napędzany siłą mięśni młodych mężczyzn, którzy w klapkach biegają po drewnianych  belkach jarmarkowej konstrukcji kilkanaście metrów nad ziemią- szaleństwo!

Cztery tygodnie później, na pożegnanie z Yangon i Birmą, odwiedzamy Pagodę Shwedagon. Tu zwalniam. Przyglądam się w ciszy rozmodlonym Birmańczykom, których uśmiechy nie bledną nawet w chwili zadumy. Podziwiam majestatyczne złote budowle, próbuję rozgryźć zagadkę ołtarzyków dni tygodnia (dziś wiem, że dzień tygodnia urodzenia- ośmiodniowego tradycyjnego kalendarza- jest istotnym elementem wierzeń Birmańczyków), obserwuję jak oblewają siedzące na nich postacie Buddy życiodajną wodą, czuję przyjemną woń kadzideł i mówię szeptem: „Birmo, skradłaś mi serce”.


Pytacie, więc podpowiadam: noclegi w Yangon:

  • Hninn Si Budget Inn– pokój dwuosobowy ze śniadaniem, dzielona łazienka, bardzo proste wyposażenie, brak okien, czysto.
  • Little Yangon Hostel– łóżko w pokoju wieloosobowym, kabiny zapewniające prywatność, nowocześnie i czysto.
  • Shangri- La Hotel– luksusowo (5 gwiazdek) więc i drogo (my spaliśmy za uzbierane wcześniej podczas służbowych podróży punkty), przepyszne śniadania, przyjemny basen.





Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarzy do “Przebudzenie w Yangon

  • Olimpia

    Proszę o więcej wpisów o Birmie. Wybieram się nie długo, a Twoje wpisy są bardzo pomocne. Dużo jest blogów o podróżach, ale już mniej takich, które mają naprawdę przydatne wskazówki. A tak w ogóle dzięki za super blog i gratuluję życia w podróży 🙂