Wątpliwe uroki drogi, względne odległości i czas 34 komentarze


Rajskie plaże, tropikalne owoce, ośnieżone szczyty, krystalicznie czyste jeziora, delifny, żółwie morskie, przepiękne wodospady, uśmiechnięci ludzie – na to wszystko można przy odrobinie szczęścia trafić w podróży, ale jedyne co jest pewne, to droga. A droga bywa różna, a w drodze względnie płynie czas…

Hostel w Luang Prabang, wtorek, godz. 7:30

Podczas gdy prowadzę w łazience nierówną walkę z podgrzewaczem wody, który oblewa mnie na zmianę lodowatym strumieniem i wrzątkiem, ktoś puka do drzwi.

– Tuk tuk czeka! – słyszę po chwili. Już?! Przecież miał być o 8:00! Ubieramy się w pośpiechu, wrzucając „wolną ręką” nasz podróżniczy dobytek do plecaków. Wybiegamy z pokoju, rozglądamy się nerwowo. Nie ma. Przesłyszało nam się? Tuk tuk podjeżdża po raz drugi po dziesięciu minutach. Jest pełny. Siadamy na tylnim progu tej po azjatycku przystosowanej do przewozu osób furgonetki, szary asfalt przewija się pod naszymi stopami. Mówiłam, że tuk tuk był pełny? Tylko mi się wydawało. W drodze na dworzec autobusowy dosiadają się jeszcze trzy osoby z bagażami. Kierowca ciągle krzyczy coś do telefonu, zatrzymuje się, znika za drzwiami kolejnych posesji, przynosi paczki, torby, koperty. Paczki, torby, koperty. Paczki, torby, koperty…

Dworzec autobusowy w Luang Prabang, wtorek, godz. 8:30

Po prawie godzinie jazdy, docieramy na dworzec oddalony od naszego hostelu o niesłychanie długie 4 kilometry. Nowy kierowca z niedopałkiem papierosa przyklejonym do dolnej wargi, układa bagaże na dachu mini vana. Zajmujemy miejsca. Znając azjatycką punktualność, postanawiam pobiec do pobliskiego straganu z bagietkami i kupić nam po kanapce na śniadanie. Krzyczę do kierowcy na dachu, że zaraz wracam, a on na to, że bus jest pełny więc już odjeżdżamy. Błagalnym tonem rzucam „tylko 5 minut!”, ale on tylko nerwowo wskazuje na zegarek i powtarza „now, now”. Zostaję. Ja i mój pusty brzuch. Siadam na swoje miejsce w vanie. Van stoi w miejscu przez następne 20 minut.

Droga do Vang Vieng, wtorek, godz. 12:00

Naszym celem jest Bangkok skąd lecimy dalej- ja do Indii (z noclegiem na lotnisku na Sri Lance), a Adrien do Francji, ale że gapy zapomnieliśmy w Vang Vieng naszego… prania (w tym kilku części garderoby, z którymi bardzo nie chcę się żegnać na zawsze), musimy się tam zatrzymać, wystarczy nam 15 minut. No cóż, gapowe się płaci, a my z gapiostwa mamy dyplomy. Plan optymistyczny zakładał, że jeśli ruszymy z Luang Prabang punktualnie o 8:30 i droga zajmie dokładnie tyle ile powinna (i w ile już raz ją pokonaliśmy), czyli 4 godziny, jest spora szansa, że złapiemy bezpośredni autobus do Bangkoku, który odjeżdza z Vang Vieng o 13:30. Cieszyliśmy się jak głupi do sera, gdy koło południa zaczęliśmy rozpoznawać krajobrazy. Jesteśmy już blisko! Jakieś 30, może 40 minut od miasteczka. Radość trwała jednak krótko, chwilę później nasz busik zatrzymał się koło przydrożnego baru i kierowca oznajmił pół godziny przerwy na lunch. A przecież byliśmy już prawie u celu! Ruszyliśmy ponownie po 45 minutach, o 13:30 wjechaliśmy do Van Vieng, ale kierowca… nie zatrzymał się. Krzyknęłam do niego: „Czemu nie stajemy? Przecież jesteśmy na miejscu!”. „Bus station, bus station” usłyszałam w odpowiedzi. Bus station, na której jakimś cudem nie byliśmy mimo, że do Van Vieng zdążyliśmy już raz przyjechać i wyjechać. Wszystkie busy zatrzymują sie w centrum, ale nie ten. Ten przejechał przez całe miasteczko i zatrzymał się na dworcu w szczerym polu, gdzie czekał na nas już kierowca tuk tuka z wygórowaną ceną podwózki z powrotem do centrum, które właśnie minęliśmy (w końcu trzeba się dolą podzielić z kolegą z busa, więc stawka musi być odpowiednio wysoka). Ktoś tam się jeszcze wykłucał, ktoś protestował. My, bardzo zmęczeni laotańskim skubaniem nas z kasy na każdym kroku, zarzuciliśmy plecaki na plecy i poczłapaliśmy do centrum z buta. Wszak nasz autobus do Bangkoku już uciekł.

Vang Vieng, wtorek, godz. 14:00

Zrzuciliśmy plecaki u znajomej pani od kanapek i pobiegliśmy odebrać zapomniane pranie i kupić bilet na dalszą drogę. Zależało nam by jak najszybciej znaleźć się w Bangkoku, więc postanowiliśmy podjechać do Vientiane, leżącego przy granicy z Tajlandią- coś tam musi przecież wieczorem jeździć przez granicę. O 14:30 siedzieliśmy już w mini vanie, który według zapewnien pracownika biura turystycznego, miał nas wysadzić w centrum miasta o 17:30. Nie chciało nam się wierzyć w tą zawrotną prędkość (mimo, że to tylko 160 km), gdyż poprzednim razem droga zajęła nam 6 godzin, ale… nie mieliśmy wyjścia.

Kręta i wyboista droga przyprawiała o mdłości, klimatyzacja była zapsuta więc pociliśmy się jak szczury, ale o dziwo nie było niespodziewanych postojów. O 18:30 wjechaliśmy na rogatki miasta (czyli jedynie godzinę później niż w rozkładzie jazdy). I na tym nasz podróż się skończyła, bo kierowca zatrzymał busika na dworcu na przedmieściach. Pasażerowie zaczęli się buntować, że kupili specjalnie droższe bilety do „downtown”, my nauczeni przykrym doświadczeniem, że nic nie wskóramy i w trosce o nasze nerwy, zaoszczędzoną na awanturze energię zainwestowaliśmy w negocjacje ceny tuk tuka do miasta- całkiem nieźle nam poszło, bo zbiliśmy o połowę.

Vientiane, wtorek, godz. 19:00

Chodzimy od drzwi jednej agencji turystycznej do drugiej i pytamy o nocny autobus do Bangkoku. Na informację, że chcemy jechać dziś, otrzymujemy pobłażliwe spojrzenie lub zatroskane kiwanie głową. Wszystkie już odjechały. Pytamy o pierwszy poranny autobus. Nie ma. Pierwszy odjeżdża jutro późnym popołudniem. Pytam o taksówkę do granicy (przecież to kilka kilometrów), jestem pewna, że po tajskiej stronie znajdę transport, ale wszyscy tylko kiwają głowami i tłumaczą, że autobus jest jutro. Zmęczeni i znużeni 12 godzinami w drodze (wyboistej i krętej) poddajemy się i kupujemy bilet na jutro na 17:00. Meldujemy się w pierwszym lepszym hotelu, nawet nie sprawdzamy przed zapłatą pokoju. Jest nam wszystko jedno. Gdy otwieramy drzwi do naszej zatęchłej celi przekonujemy się, że jednak nie do końca…

Zrzucamy plecaki i włamujemy się na dach (to taki nasz zwyczaj). Siedząc na krawędzi eternitowych dachówek patrzymy z góry na miasto, w którym nie chcemy już być. Marzymy o Phad Thaiu i lodach kokosowych z Khao San Road.

Vientiane, środa, godz. 17:00

Na drugi dzień punktualnie o 17:00 stawiamy się w biurze turystycznym skąd mamy zostać podrzuceni na dworzec, z którego o 17:30 ma odjechać nasz autobus. O 17:30 w dalszym ciągu siedzimy w biurze turystycznym, którego pracownik próbuje studzić nasze nerwy monotonnym „samochód jest już w drodze”. O 18:00 mój umysł zaczyna uruchamiać czarnowidztwo, na szczęście wkrótce zjawia się tajemniczy mężczyzna pokrzykujący „Bangkok, Bangkok!”. Pokazuje żeby iść za nim. Idziemy więc całym wężykiem zdezorientowanych turystów aż do następnego skrzyżowania, gdzie nie wiedzieć czemu, nasz kierowca zaparkował mini busa. Ku naszemu zdziwieniu nie jesteśmy wiezieni na dworzec, a… na granicę.

Granica Laosu z Tajlandią, środa, godz. 18:30

Kierowca wyładowuje nasze bagaże i uspokaja zaniepokojonych Koreańczyków, że ktoś na nas będzie czekał po drugiej stronie granicy. Przechodzimy przed pierwszą odprawę paszportową i stajemy przed automatycznymi bramkami. Podchodzę do strażnika siedzącego przy bramce, pamiętając, że przy wjeździe do Laosu, po prostu mi tą bramkę otworzył, ale mężczyzna wskazuje na pobliskie okienka kasowe. Nie rozumiem za co mam płacić, kasjerka wyjaśnia mi, że za „over time”. „Over stay?” – myślę sobie. Przecież wiza nam się jeszcze nie skończyła. „Over time” powtarza kobieta i wskazuje na tabliczkę z informacją, że za przejście przez granicę po 16:00 należy uiścić opłatę- 11000 w lokalnej walucie od osoby. No tak, logiczne, przecież pan przy bramce nie będzie jej otwierał za darmo „po godzinach”… Płacimy, chcemy juz wyjechać z kraju, w którym trzeba za coś płacić co pięć minut.

Po przejściu przez bramki jesteśmy kierowani do autobusu. Uspokajam przerażonych Koreańczyków, że to nie jest nocny autobus do Bangkoku, że tym rozklekotanym rzęchem przejedziemy tylko przez Most Przyjaźni do kontroli granicznej Tajlandii. Mam rację. Celnik burknięciem upomina jednego z moich nowych koreańskich kolegó by zdjął słomiany kapelusz. „Gangam style” – cedzi pogardliwie przez zęby. Po tajskiej stronie nie czeka na nas żaden autobus, a młoda dziewczyna. Mamy iść za nią. Po 10 minutach marszu docieramy do biura turystycznego. Zrezygnowani zrzucamy plecaki, gdy dowiadujemy się, że autobus przyjedzie o 20:50. To za prawie dwie godziny!

Nong Khai (granica Tajlandii) środa, godz. 21:00

O 21 autobusu wciąż nie ma. Siedzimy na chodniku przed 7/11 i zagryzamy tosty żelkami. Ile można czekać? Przez ostatnie 4 godziny pokonaliśmy w porywach 10 km, przez ostatnie 38 godzin zawrotne 360 km, a teoretycznie cały ten czas jesteśmy w drodze! O 21:15 w końcu podjeżdża nasz autobus, dostajemy najlepsze siedzenia na górnym piętrze w pierwszym rzędzie. Jest nawet wi-fi! „Nareszcie cywilizacja”- myślę sobie. Mój entuzjazm szybko studzą stada karaluchów wypełzających z mojego podłokietnika. Internet nie działa.

Bangkok czwartek, godz. 6:00

Ledwo żywi, wygięci w chińskie s, totalnie niewyspani (bo zamiast spać zabawialiśmy karaluchy), wysiadamy na dworcu w Bangkoku. Nareszcie! Momentalnie oblepia nas krwiożerczy tłum taksówkarzy i tuk tukarzy: „dokąd jedziecie?”, „hotel, hotel?”. Zręcznie ich wymijamy i już po chwili stoimy w kolejce do oficjalnych taksówek z taksometrem. Pokazujemy adres kobiecie pilnującej porządku w kolejce, pokazujemy adres mężczyźnie przydzielającemu konkretnym pasażerom konkretną taksówkę, pokazujemy adres kierowcy taksówki. Jedziemy. Kilkaset metrów za bramą dworca taksówkarz zwalnia i prosi żebym jeszcze raz pokazała mu adres. Wpatruje się w niego z niedowierzaniem jakby był napisany po hebrajsku i nagle żąda od nas mapy. „Mapa? Ja nie mam mapy, to ty jesteś taksówkarzem a nie ja!” odpowiadam zaskoczona. Okazuje się, że nasz kierowca nie ma pojęcia gdzie jechać, każemy mu więc zawrócić na dworzec, ale jedzie dalej i wykręca się, że tu nie ma jak zawrócić. W końcu zatrzymuje się w zatoczce na trasie szybkiego ruchu. Protestujemy, że tu nie wysiądziemy (przecież będziemy tu czekać wieczność na kolejną taksówkę), żądamy by zawiózł nas z powrotem na dworzec. Nie mam już ani cierpliwości, ani siły. Szczęśliwie Adrien znajduje rozwiązanie: „Zawieź nas na Khao San Road”- mówi. Ale zdenerwowany taksówkarz już nas nie słucha, automatycznie odpowiada, że nie wie gdzie to jest, a przecież nie ma backpackera ani taksówkarza w tym mieście, który nieznałby tej ulicy. „Khao San Road” – powtarza Adrien. „Ok, ok” – słyszy w końcu w odpowiedzi.

Bangkok czwartek, godz. 7:00

Wysiadamy na Khao San i próbujemy złapać kolejną taksówkę. Pierwsze zatrzymane miejscowym zwyczajem nie zgadzają się jechać na licznik i rzucają zawrotną jak na odległość do pokonania kwotę 200 bht- do hotelu mamy zaledwie 1,5 km i gdybyśmy tylko wiedzieli w którym to kierunku (lub złapali gdzieś internet żeby to sprawdzić) to poszlibyśmy piechotą. W końcu jedziemy. Serdecznie uśmiechnięty kierowca powtarza „Shantila, shantila”. „Shanti Lodge” poprawiam go zaniepokojona i po raz kolejny pokazuję adres. W odpowiedzi dostaję zapewnienie, że wie gdzie jedzie. Gdy na liczniku wybijają 4 km przestaje mi się to podobać, ale kierowca wciąż zapewnia, że to niedaleko, powtarza prawidłową nazwę ulicy. Postanawiam w duchu dać mu ostatnie dwie minuty. Gdy upływają, samochód zatrzymuje się pod… szkołą podstawową. Szkoła nazywa się Shantila. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. My chcemy do hotelu, nie do szkoły! Wysiadamy, nie chcemy z nim już nigdzie jechać. Płacimy połowę kwoty wybitej przez licznik i siadamy zrezygnowani na krawężniku. Czy to się kiedyś skończy?

Bangkok czwartek, godz. 8:00

W końcu zgarnia nas tuk tuk, którego kierowca wie gdzie jechać. O 8:00 stajemy w drzwiach naszego hotelu (przeuroczego na szczęście, już więcej niewygód bym tego dnia nie zniosła). Pokój będzie gotowy… za dwie godziny. Dwie godziny? Co to dla nas. My tu jechaliśmy dwa dni!


Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

34 komentarzy do “Wątpliwe uroki drogi, względne odległości i czas