Laguna Glaciar i Sorata- najfajniejsze miasteczko w Boliwii


Sorata

Na swój ostatni górski przystanek w Boliwii, wybraliśmy niewielkie miasteczko Sorata, leżące u podnóża ośnieżonych sześciotysięczników: Illampu i Ancohuma- dwóch gigantów Cordillery Real. Droga do położonej na wysokości jedynie 2700 metrów  miejscowości (tak nisko w Boliwii jeszcze nie byliśmy!) zapewnia wrażania jak z rolerkostera (i to bez trzymanki)- kilometrami wije się stromo w dół ostrymi jak brzytwa zakrętami. Niskie (jak na andyjski region) położenie, zapewnia miasteczku przyjemny klimat i soczystą zieleń.

Sorata

Zatrzymaliśmy się w przytulnym Hostelu Panchita przy głównym placu miasteczka, gdzie Indianki Aymara w kolorowych strojach i tradycyjnych kapeluszach kupowały i sprzedawały owoce przywiezione z patagońskiej dżunglii, lokalnie uprawianą kukurydzę, galaretki w plastikowych kubeczkach i wypieczone wczesnym rankiem empanady.

Sorata

W żadnym innym boliwijskim mieście nie czułam się tak dobrze. Przechodnie pozdrawiali nas z uśmiechem, uliczne koty ocierały się o kostki, sprzedawcy bez pytania wskazywali, który owoc jest najświeższy, każdy miał czas i chęć na krótką pogawędkę. I ten widok na ośnieżone szczyty okalające miasteczko, który co rano wprawiał nas w doskonały nastrój i motywował by ruszyć w góry.

Sorata

Laguna Glaciar

W Soracie po raz pierwszy w naszej górskiej historii, postanowiliśmy z Adrienem się rozdzielić. On wraz z jednym członkiem swojej drużyny Mountain Wings ruszył na Illampu (6430 metrów), ja z drugim do położonej w masywie Illampu Laguny Glaciar (5038 metrów). Jako, że chłopcy planowali spotkać się w wysokich górach na drugi dzień i wspiąć się jeszcze wyżej, czekał mnie samotny powrót do Soraty i Adrien się uparł, że muszę iść z przewodnikiem, bo się jeszcze gdzieś w tej powrotnej drodze sama zgubię. Nie do końca mi się ten pomysł podobał (bo co, ja sobie nie poradzę? i o czym ja będę z tym przewodnikiem gadać?), ale w temacie gór słucham się swojego partnera jak w żadnym innym, więc zgodziłam się.

Przewodnik miał czekać o 6 rano przed naszym hostelem. Nie pojawił się do 7:30… Mieliśmy razem z moim kompanem (Adrien ze swoim był już w górach) sporą zagwostkę co robić, zastanawialiśmy się czy nie ruszać sami, ale o ile ja miałam leciutki plecak z termosem herbaty, ciepłymi rękawicami, czołówką i lekkim lunchem, tak chłopcy przygotowali dla naszego przewodnika spory tobołek, w który upchali trekkingową kuchenkę, porcje jedzenia dla ich trójki na dwa dni, namiot i tandemowe skrzydło do speedflyingu. Jakbyśmy mieli iść tylko we dwójkę, bez przewodnika, to część tych „gadżetów” wylądowałaby na moich plecach, co już kompletnie mi się nie podobało. Na szczęście zanim zdążyłam wyrazić swoje niezadowolenie z przedstawionej mi propozycji, nadbiegł nasz przewodnik. Właściwie to nie nasz, a zastępczy (naszemu z niewyjaśnionych przyczyn nie udało wydostać się z jego wioski), zbliżający się do pięćdziesiątki Ronaldo.

Andy - Boliwia

Żeby nie tracić więcej czasu, szybko zapakowaliśmy się do naszej Toyoty i ruszyliśmy stromą, krętą i wyboistą drogą do położonej na wysokości 3900 metrów wioski Lacativa. Ronaldo mówił, gdzie mam skręcić, a ja starałam się wszystko zanotować w pamięci, by nie mieć problemów z samotnym powrotem (przewodnik miał mnie przeprowadzić w dół przez góry, a potem zostać w Lacativie, gdzie mieszkał, więc do Soraty musiałam wrócić samochodem sama). Gdy tylko minęliśmy wioskę (szlak do Laguny Glaciar zaczyna się kilka kilometrów dalej), drogę zagrodzili nam taksówkarze. Twierdzili, że przejazd dalej własnym samochodem jest zabroniony i musimy przesiąść się w taksówkę. Potem zmienili zdanie i kazali nam po prostu za przejazd zapłacić. Na szczęście Ronaldo był dobrym negocjatorem i w końcu obyło się bez haraczu.

Na trek ruszyliśmy o 9:00, czyli minimum o godzinę za późno. Za późno, żeby spokojnym tempem dotrzeć do laguny, zjeść lunch i wrócić do samochodu przed zachodem słońca. Trzeba było więc od początku „zagęszczać” ruchy.

Andy - Boliwia

Trasa początkowo wiedzie starą, nieprzejezdną od dawna drogą, a potem… znika. Przez prawie godzinę idzie się zboczem trawiastej góry, bez żadnej ścieżki, żadnych znaków, aż do jej stromego szczytu. Tam czeka nas droga w dół doliny po drugiej stronie zdobytej właśnie góry, gdzie zorganizowane wycieczki mają swój obóz. Zabawa zaczyna się gdy miniemy obóz. Zabawa w chowanego ze ścieżką, która pnie się coraz bardziej w górę i coraz częściej chowa się pod zawaliskami kamieni, by po ich drugiej stronie pokazać się kilka metrów wyżej lub niżej niż się spodziewaliśmy. Jest też stroma ściana, po której trzeba się prześlizgnąć, kilka strumyków do przekroczenia, coraz bardziej rozrzedzone, wysokogórskie powietrze i widoki na peruwiańskie Andy i jezioro Tikikaka, które wynagradzają wszystkie trudy.

Andy

Do Laguny Glaciar dotarliśmy po 5 godzinach (bardzo zaskoczeni szybkim i równym tempem wspinaczki naszego pzewodnika, o którego kondycję odrobinę obawialiśmy się „na pierwszy rzut oka”). Trochę mnie rozczarował brak śniegu wokół spływającego do jeziorka lodowca (w tym roku wyjątkowo zima nie chce przyjść w te części świata), ale i tak było pięknie.

Laguna Glaciar

Szybki lunch, pogawędka z włoską ekipą taszczącą olbrzymie narty („ej, chłopaki, ale widzicie, że nie ma śniegu?”), pożegnanie z moim towarzyszem, który zostawał przy lagunie na noc, czekając na resztę ekipy i razem z Ronaldo ruszyłam w dół. Szybko, jak najszybciej, kiedy się dało to nawet biegiem, żeby zdążyć zejść jak najniżej zanim słońce zupełnie schowa się za horyzontem. Do samochodu nie zdążyliśmy zbiec… I gdy szarość i gęsta mgła przykryła świat, dziękowałam w myślach Adrienowi, że uparł się żebym szła z przewodnikiem, bo nagle każdy kamień, każde wzniesienie, każda ścieżka wyglądała zupełnie inaczej niż je zapamiętałam z porannego trekingu. Kompletnie nie widziałabym gdzie iść. Goniłam więc za Ronaldo ile sił, metr/dwa za nim, bojąc się, że zgubię go w tej gęstej mgle.

widok na Peru

Do samochodu dotarliśmy po 3 godzinach. Widoczność ograniczała się momentami do 1 metra, co chwilę musiałam hamować, a nawet zupełnie się zatrzymywać i czekać aż wiatr rozwieje szarą chmurę. Ronaldo pożegnał się ze mną w swojej wiosce, a ja cudem chyba jakimś, szczęśliwie dotarłam do Soraty. Teraz zdecydowanie mogę powiedzieć, że jestm najlepszym kierowcą na świecie. Prawie tak dobrym, jak góralem 😉

 


Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *