Przyjemne z pożytecznym, czyli kurs angielskiego na Malcie 13 komentarzy


Wstaję z łóżka, gdy moi współlokatorzy w studenckim apartamencie: Ania z Polski i Andrea z Włoch wracają z porannego biegania (ja biegać to i owszem, ale niekoniecznie rano). Siadamy razem do stołu na słonecznym tarasie, jemy lekkie śniadanie i pijemy kawę (oni) lub zieloną herbatę (ja), by kilka minut przed 9 pomaszerować do szkoły języka angielskiego Maltalingua, od której mieszkamy dosłownie kilka minut piechotą. Codziennie rano idę wąską uliczką, wzdłuż której stoją równym rzędem kamienice z jasnego piaskowca i nie mogę się nacieszyć tym, jak tu ładnie. Oj tak, Malta skradła moje serce.

kurs angielskiego na Malcie

Jak wyglądają zajęcia?

Na podstawie testu poziomującego (który składał się z części pisemnej i krótkiej rozmowy z jednym z nauczycieli) zostałam zakwalifikowana do najbardziej zaawansowanej grupy w szkole, czyli C1. Dodatkowo, próbując zaprzeczyć swojemu wrodzonemu lenistwu, zapisałam się na kurs intensywny, co oznacza, że mam zajęcia od poniedziałku do piątku od 9 do 15 (z dwoma przerwami, w sumie 1,5 godziny). Przyznam, że trochę mnie kusi żeby iść na wagary i pospacerować uroczymi uliczkami St Julians, pojechać do przepięknej zatoki Golden Bay, czy chociażby wskoczyć do basenu z widokiem na morze, który znajduje się dosłownie trzy minuty pieszo od budynku Maltalingua (mały basen jest też również na dachu szkoły- to dopiero rozpusta!). Zajęcia są jednak ciekawe (prowadzimy na przykład gorące dyskusje o problemach i wyzwaniach współczesnych społeczeństw, o ekologii, uchodźcach, emigracji, kulturze, nieetycznych działaniach koncernów farmaceutycznych) i czuję, że dużo z nich czerpię, więc uczestniczę we wszystkich, staram się za to jak najlepiej wykorzystać czas podczas przerwy na lunch i wolne popołudnia.

kurs angielskiego w Maltalingua

Nie samą nauką człowiek żyje

Popołudnia wyciskam do ostatniej kropelki, starając się zobaczyć jak najwięcej Malty. Wiecie, że nie jestem fanką zorganizowanych atrakcji, jednak decyduję się na wycieczkę do Trzech Miast (Cospicua, Vittoriosa i Senglea) organizowaną przez szkołę, która codziennie proponuje inne aktywności dla uczniów (są to między innymi wycieczki, kursy nurkowe, kursy tańca, degustacje lokalnych win i wspólne imprezy). Swoim stylem odłączam się od grupy i z aparatem fotograficznym w ręku spaceruję wąskimi uliczkami malatańskiego trójmiasta, które zachwyca zarówno architekturą jak i położeniem.

3 Cities, Malta

Udaje mi się również wygospodarować czas by jechać do słynnej i rzeczywiście pięknej Golden Bay, jednak, jako że plażowe lenistwo nie należy do moich ulubionych aktywności, wspinam się na wyrastający nad zatoką klif i maszeruję do zatoki Ghajn Tuffieha i kolejnej, tak małej, że mapy szczędzą jej nazwy. Jestem w koszulce na ramiączka, w krótkich szortach i klapkach, a jest ostatni tydzień października- czy to nie wspaniałe?

Golden Bay, Malta

Odwiedzam jeszcze wioskę bajkowego Popeya, czyli Popeye Village (pamiętacie tego muskularnego marynarza z fajką w zębach?), która (wioska, nie fajka) została wybudowana na potrzeby kręconego przez wytwórnię Disneya w 1980 roku filmu. Film, mimo obsadzenia w głównej roli Robina Williamsa, okazał się finansową klapą, jednak wioskę zachowano w jej oryginalnej formie i dziś, te urocze kolorowe domki stojące na zboczu klifu w zatoce Anchor, tworzą swojego rodzaju park rozrywki w którym można spotkać postaci z filmu. Jest to kwintesencja kiczu, ale ja lubię takie dziwne atrakcje turystyczne, a do tego widok z klifu na wioskę jest przepiękny i jedyny w swoim rodzaju, dlatego bardzo mi się tam podobało.

Popeye Village

Niestety, załapałam się na Malcie na załamanie pogody i prawdziwy sztorm (co podobno zdarza się niezwykle rzadko i nawet stali mieszkańcy dziwili się na tą pogodową anomalię) i nie udało mi się zrealizować całego planu eksploracji Malty (w tym popłynąć na wyspę Gozo), ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo na Maltę będę chciała jeszcze wrócić. Teraz chociaż wiem, że tydzień to zdecydowanie za mało, bo chociaż Malta jest malutkim krajem, to ma mnóstwo do zaoferowania. No i jak ładnie tam!

Co mi dał ten kurs?

Zanim tu przyjechałam, spotykałam się dość z często z pytaniami osób znających mój poziom znajomości języka angielskiego (którym przecież od kilku lat posługuję się na co dzień) po co ja w ogóle wybieram się na taki kurs. Ale ja od początku nie miałam wątpliwości, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Po prostu uważam, że języka człowiek uczy się całe życie (nawet ojczystego), że swój język zawsze można wzbogacić, wygładzić, upiększyć, a dodatkowo, rozmawiając dużo z innymi ludźmi, dla których dany język nie jest ojczystym, często nabieramy ich językowych manier i nawyków (czasami tych złych), kopiujemy akcent i błędy, dlatego uważam, że warto raz na jakiś czas poddać swój język ocenie profesjonalistów. I miałam stuprocentową rację, bo już pierwszego dnia nauczycielom z Maltalingua udało się wyłapać moje błędy w wymowie niektórych słów, czy też podpowiedzieć lepsze/ładniejsze słownictwo dla tego, co chciałam wyrazić. Poza tym, fakt, że moja znajomość języka angielskiego została dobrze oceniona przez profesjonalnych nauczycieli, dodał mi pewności siebie, dzięki czemu może w końcu odważę się więcej pisać po angielsku, co da mi nowe możliwości zawodowo- podróżnicze. Jej, jak się cieszę!

Dodatkowo, wywiozłam z tego kursu kilka bardzo fajnych znajomości z ciekawymi ludźmi z kilku krajów świata- jest to wartość, którą zawsze bardzo doceniam. A już chyba każdy, kto mieszka w Polsce, doceni słoneczną pogodę i możliwość chodzenia w klapkach jesienią.

kurs angielskiego - maltalingua

A Wy uczyliście się kiedyś języka angielskiego za granicą? Jeśli tak, to w jakim kraju?


Na Malcie byłam na zaproszenie szkoły języka angielskiego Maltalingua.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.





O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 komentarzy do “Przyjemne z pożytecznym, czyli kurs angielskiego na Malcie