Największa birmańska przygoda – trekking w Birmie (Hsipaw) 15 komentarzy


Od dawna marzył nam się trekking z Namshan do Hsipaw, od kilku dni wiedzieliśmy już jednak, że jest to niemożliwe, gdyż turystów obowiązywał zakaz podróżowania na północ od Hsipaw, z powodu rzekomo grasujących po lasach oddziałów partyzantów. Wiedzieliśmy też od lokalnych mieszkańców, że tereny te są bezpieczne, bo walki już dawno przesunęły się pod birmańskie granice. Postanowiliśmy więc przechytrzyć władze i iść na trekking w tej wyczekanej i od dawna wypatrywanej lokalizacji, ale nie docierając do Namshan (gdyż nasze pojawienie się w tym miasteczku mogłoby nam lub, co gorsza, mieszkańcom, którzy udzieliliby nam pomocy, narobić problemów). Adrien jako specjalista od terenów wypukłych (gór znaczy się) i map, wyszukał jakąś wąziutką ścieżkę w Google Earth. Ścieżka czasem ginęła w leśnych gęstwinach, ale wiadomo było, że jest. Zostawiliśmy więc większość bagażu w hotelu, spakowaliśmy suchy prowiant, wodę i ciut cieplejsze ubrania i ruszyliśmy na zachód od miasteczka, planując zrobić 2-dniową pętlę.

trekking w Birmie

Słońce paliło naszą skórę mimo wczesnych porannych godzin, ale dzielnie maszerowaliśmy równym, szybkim krokiem po rudej ścieżce. Mijaliśmy pola uprawne, małe wioski i grupy innych turystów- nasza trasa pokrywała się bowiem przez pierwsze kilometry, z popularną obecnie trasą trekkingów organizowanych przez lokalne biura turystyczne. Co jakiś czas trafił się strumyk lub ręcznej roboty pompa do nawadniania pola, dzięki którym mogliśmy odrobinę schłodzić rozgrzane ciała. Czasem szliśmy nieutwardzoną drogą, czasem skręcaliśmy w wąskie leśne ścieżki. Wspinaliśmy się wyżej i wyżej, coraz rzadziej spotykając białe twarze. Wokół nas rozciągał się coraz bardziej górski krajobraz, a powietrze stawało się coraz bardziej rześkie. Prawie nie rozmawialiśmy, rozkoszując się dźwiękami natury: koncertami ptaków i cykad.




trekking w Birmie

Po kilku godzinach przeszliśmy przez złożoną z  kilkunastu domów wioskę. Mieszkańcy wychodzili na drogę by nas obejrzeć i się z nami przywitać, gestem oznaczającym jedzenie zapraszali na posiłek. Grzecznie odmówiliśmy, bo wiedzieliśmy, że przed nami jeszcze daleka droga, a słońce nie zatrzyma się specjalnie dla nas na niebie. Wspięliśmy się jeszcze wyżej w górę, przecięliśmy dwie doliny i gdy świat wokół nas zaczynał tonąć w żółtych i pomarańczowych barwach, doszliśmy do zbocza, na którym w odległości zaledwie kilku kilometrów, znajdowały się dwie małe wioski. To tu zamierzaliśmy pytać o ciepły posiłek i nocleg.

trekking w Mjanmie

Birma jest jednym z tych krajów, w którym życzliwość mieszkańców umożliwia komunikację bez znajomości ich języka. Pierwsza napotkana i zaczepiona przez nas osoba zaprowadziła nas do malutkiego sklepu, gdzie w progu przywitała nas ciepło właścicielka z kilkuletnim synem na rękach, a na piętrze czekały maty do spania i ciepłe koce. Usiedliśmy na słonecznym tarasie z wiodokiem na wioskę, rozprostowaliśmy umęczone całodziennym marszem nogi i chrupaliśmy suszone owoce w oczekiwaniu na prostą, ale pyszną kolację. W tym samym czasie, wioska jakby budziła się do życia. To dorośli, witani przez grupy roześmianych dzieciaków, wracali z pracy na uwieszonych na zboczach wzgórz polach. Zachęcona przez sympatycznego synka gospodyni wyszłam na podwórko pograć z dziećmi w kapsle. Dorośli zatrzymywali się zaciekawieni, pokazywali co niosą w koszach i szczerbate zęby w serdecznych uśmiechach, aż osioł przeciągłym rykiem obwieścił zachód słońca i koniec dnia.

gospodyni z ludu Shan

Na drugi dzień, z głebokiego snu wyrwało nas pianie koguta, pierwsze promienie słońca przedzierały się przez cienkie szczeliny między bambusowymi deseczkami, z kótrych zbudowana była chata. Gorąca kawa i herbata i ciepłe śniadanie już czekały na nas na stole. Zjedliśmy z apetytem, dokupiliśmy trochę prowiantu i wody na drogę, zostawiliśmy 5$ za nocleg i dwa posiłki (nasza gospodyni odmówiła przyjęcia większej kwoty) i ruszyliśmy dalej w drogę.

trekking w Birmie

Szliśmy przez wysokie trawy i gęsty, dający chwilę wytchnienia od palącego słońca las. Przed kilka godzin nie spotkaliśmy nikogo, a ścieżki coraz częściej rozwidlały się, sprawiając, że mieliśmy coraz większe wątpliwości, czy na pewno idziemy tą właściwą. Maszerowaliśmy w górę i w dół, w górę i w dół, zalewając się potem. W pewnym momencie, nasza prowizoryczna, przekopiowana z Google Earth mapa pokazywała, że ścieżka się rozdawaja, tymczasem przed nami zaczynały się trzy ścieżki- każda tak samo niewyraźna. Tą najbardziej odbiegającą na zachód odrzuciliśmy od razu, ale jak wybrać jedną z dwóch, idących początkowo w zbliżonym kierunku tylko, że jedna jakby w górę, a druga w dół? Poszliśmy w dół i po prawie godzinie marszu doszliśmy do rzeki, której na mapie nie było. Zawróciliśmy i poszliśmy drugą ścieżką. Po kolejnej godzinie zdecydowaliśmy, że to jednak nie tu i wróciliśmy z powrotem. Byłam już ledwo żywa i trochę przejęta faktem, że nie trafiliśmy na żadną ludzką osadę. Pytanie „Gdzie będziemy spać?” kołotało mi po głowie. Gdy doszliśmy do rzeki, okazało się, że nie mamy również co pić, napełniliśmy więc butelki wodą ze strumienia- nie mieliśmy wyboru.

trekking w Birmie

Ostatkami sił wdrapaliśmy się na kolejne wzgórze, gdzie ku naszej radości zza gęstych koron drzew wyłoniła się wioska. Ku naszej radości, bo wydawało nam się, że teraz wiemy gdzie jesteśmy. Postanowiliśmy jeszcze dziś dojść do kolejnej, widniejącej na naszej pseudo mapie osady, przywitaliśmy się z wychodzącymi nam na przeciw mieszkańcami i po krótkiej wymianie migowych uprzejmości, zaczęliśmy schodzić z góry na wschód. Możecie więc wyobrazić sobie nasze miny, gdy po kilkudziesięciu minutach znaleźliśmy się przy tym samym strumieniu, tym samym mostku? Ta rzeka była nam widać przeznaczona. Zrzuciliśmy więc ubrania i wskoczyliśmy do lodowatej wody- wiedzieliśmy, że to jedyny „prysznic” na jaki możemy dziś liczyć.

Mjanma

Po ekspresowej kąpieli wróciliśmy do wioski. Tym razem mieszkańcy powitali nas gromkim śmiechem. Gdy zaczęliśmy pokazywać gestami, że szukamy noclegu, podbiegł do nas młody mężczyzna z karbowanymi włosami wykrzykując: „my house” (mój dom). Okazało się, że jest nauczycielem w miejscowej szkole i zna kilka słów po angielsku. Gdy tylko przekroczyliśmy próg jego domu, zgarbiona starowinka zagotowała wodę na herbatę na znajdującym się na podłodze, po środku głównej izby palenisku. Okazało się, że mieszkańcy tej wioski produkują herbatę. Gdy tylko napiliśmy się tego złocistego napoju, cała delegacja zaprowadziła nas do małej wytwórni, a nasz przesympatyczny gospodarz szukając w głowie kolejnych angielskich słów tłumaczył nam proces wytwarzania.

wytwórnia herbaty

Gdy wróciliśmy do chaty, powoli zaczynała schodzić się do niej chyba cała wioska. Każdy chciał nas zobaczyć, każdy chciał się z nami przywitać. Zostaliśmy poczęstowani kolacją, a nauczyciel narysował nam odręczną mapę, pokazującą jak w ciągu dwóch (sic!) kolejnych dni możemy wrócić do Hsipaw. Okazało się, że musimy wyjść z wioski w kompletnie przeciwną stronę niż nam się wydawało.

palenisko

Wiedzieliśmy, że w Birmie (Mjanmie) zbliżają się wybory (pierwsze mające szanse być uznanymi za demokratyczne), ale będąc w drodze, zupełnie straciliśmy rachubę czasu i nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to dziś. Gospodarz wyjaśnił nam, że o 20:00 przyjeżdża (na motorze, droga prowadząca do wioski jest zbyt wąska, by przejechał nią jakikolwiek samochód) przedstawiciel okręgu wyborczego z kartami do głosowania. Do 20:00 było jeszcze trochę czasu, nauczyciel tłumaczył więc zebranym jak (od strony technicznej) mają głosować. W tym celu narysował na kawałku starego kartonowego pudełka kartę do głosowania, zaznaczył jeden krzyżyk i podpisał się. I tu wypłynął problem, którego nigdy byśmy nie przewidzieli: część starszych mieszkańców była niepiśmienna (obowiązek szkolnictwa został wprowadzony w Birmie dopiero kilka lat temu). Robiliśmy więc co mogliśmy, pomagając naszemu gospodarzowi ucząc kolejnych mężczyzn i kobiety z ludu Shan jak się mają podpisać i ćwicząc z nimi zawijasy, mające stać się dziś ich oficjalnym podpisem.

mężczyźni z ludu Shan

O 20:00 chata opustoszała- cała wieś poszła głosować! A po spełnionym obywatelskim obowiązku przyszedł czas na świętowanie. Wokół gości krążyła wielka bambusowa tuba, przez którą palono… papierosy (podobno żeby było zdrowiej), na matę dzielnie sprawującą funkcję stołu wjechały drobne przekąski (między innymi, orzechy, prażony ryż i suszone banany) i nawet jakieś piwo się znalazło (za które uparliśmy się zapłacić). Nauczyciel opowiadał nam o sytyacji politycznej i o codzienności w górach Birmy, a także wytrwale tłumaczył wszystkie pytania, jakie kierowali do nas ciekawscy mieszkańcy i nasze odpowiedzi. My z radością pokazywaliśmy zdjęcia z odbytych podróży i próbowaliśmy opowiedzieć co nieco o naszych ojczystych krajach.

Myanmar

Gdy wszyscy wyszli, rozłożono nam maty do spania w najlepszej (czytaj: najcieplejszej, ale i strasznie zadymionej) głównej izbie, gdzie obok nas do snu ułożyli się najstarsi domownicy. Z przyjemnością zamknęłam szczypiące od dymu oczy. Gdy je znów otworzyłam było już widno, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że w tej samej izbie, razem z nami śpi też najmłodszy członek rodu. Z prowizowycznej kołyski zrobionej z worka, dwóch kawałków drewna i sznurka, głowę wychyliło kilkumiesięczne dziecko. Czy było tu cały czas? Jak to możliwe by nie wydało żadnego dźwięku przez całą noc? Tego już nigdy się nie dowiem, bo gdy tylko zjedliśmy śniadanie, zostawiliśmy 5$ za nocleg i jedzenie, i pomaszerowaliśmy z odręcznie naszkicowaną mapą w kieszeni przed siebie.

Birma

Szliśmy drogą, którą dzień wcześniej przyjechał posłaniec z kartami do głosowania i całe szczęście, że nasz przemiły gospodarz udzielił nam szczegółowych wskazówek, bo w życiu byśmy nie wpadli na to, żeby skręcić w wąską, stromą i zarośniętą wysoką trawą ścieżynkę. Ale wielkie drzewo stało po lewej stronie jak wół, po prawej stronie zniszczony barak- czyli to tu. W ten sposób weszliśmy w gęstą, wilgotną dżunglę. Nad naszymi głowami latały białe motyle, pod naszymi nogami pełzały pomarańczowe ślimaki- wszystko w rozmiarach adekwatnych do miejsca występowania, prawdziwe giganty. Po kilku godzinach las rozrzedził się i coraz częściej mijaliśmy ludzkie osady- coraz większe i większe.

trekking w Birmie

Tylko droga nie chciała się wcale robić krótsza, a przecież my założyliśmy, że dziś jeszcze wrócimy do Hsipaw. Na dłuższą wędrówkę nie mieliśmy już za bardzo czasu. Przyspieszaliśmy więc kroku nie bacząc na słońce, zatrzymując się tylko wtedy, gdy ktoś chciał się z nami przywitać i chwilę pogadać.

W południe doszliśmy do wioski, w której zgodnie z zaleceniami nauczyciela powinniśmy szukać noclegu. Godzina była jednak jeszcze wczesna (tak podgoniliśmy w lesie!), postanowiliśmy więc iść dalej. A nóż uda nam się dotrzeć dziś do celu! Jednak, gdy sędziwa kobieta zapytała gestem unoszenia palcy do rąk czy chcemy coś zjeść, nasze puste żołądki odezwały się przeciągłym burczeniem. No pewnie, że chętnie coś zjemy!

trekking z Hsipaw

Chata, do której nas zaprowadziła była jeszcze biedniejsza niż te, w których mieliśmy przyjemność gościć w poprzednich dniach. Domownicy siedzieli w kucki dookoła wielkiego gara i palcami jedli ryż, na palenisku bulgotał czajnik. Głupio nam się zrobiło, gdy podano nam mnóstwo dobroci: zupę z makaronem, smażony ryż i duszone zielone warzywo (coś jakby szpinak). I oczywiście herbatę. Mężczyźni dokładnie obejrzeli mapę, ale żaden z nich nie umiał czytać. Dopiero na dźwięk wypowiadanych przeze mnie nazw miejscowości zaczęli ze zrozumieniem kiwać głowami i wskazali nam kierunek. Nalegali żebyśmy zostali na noc, z czego wnioskowaliśmy, że przed nami jeszcze daleka droga, ale postanowiliśmy podjąć ryzyko i spróbować dojść do Hsipaw.

trekking z Hsipaw

Gdy nastąpił moment pożegnania, wyciągnęliśmy pieniądze, jednak gospodarze nawet nie chcieli słyszeć o zapłacie. Serce nas bolało, bo przecież oni nic nie mają, a dali nam wszystko co najlepsze. Ukryliśmy więc banknot pod talerzykiem, w nadziei, że to duma im nie pozwala przyjąć nawet tych kilku groszy. Jakie było nasze zdziwienie, gdy jakiś kilometr za wioską dogonił nas jeden z mężczyzn i z uśmiechem oddał nam banknot i pokazując, że nie trzeba.

trekking Birma

Przed nami, krętym szlakiem biegła droga całkiem przyzwoitej jakości, lecz zupełnie nieprzyzwoitej długości. Szliśmy wzdłuż wielkiej doliny, nad pobliskimi wioskami w promieniach słońca pobłyskiwały złote stupy. Szliśmy przed siebie, z nogami miękkimi od wysiłku i rozmiękczonymi życzliwością ludu Shan sercami. Szliśmy tak kolejne 7 godzin, błądząc pod koniec w ciemnościach i  bredząc coś ze zmęczenia i strachu. Wiedzieliśmy, że jesteśmy już blisko, bo od dawna widzieliśmy na niebie łunę, która mogła unosić się tylko nad miastem, a od pół godziny szliśmy już po utwardzonej drodze. Ja szczerze mówiąc zastanawiałam się czy to na pewno Hsipaw, Adrien, znużony moim marudzeniem, jak daleko jeszcze. Nagle, za naszymi plecami pojawiły się dwa światełka. Samochód! Jesteśmy uratowani! Nasz kierowca- wybawiciel podwiózł nas pod same drzwi hotelu, do którego, jak się okazało, mieliśmy jeszcze 8 kilometrów. My to naprawdę mamy czasem więcej szczęścia niż rozumu, ale za to jakie mamy wspomnienia!

trekking Birma


Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!





O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom (choć wciąż nie wie czy na stałe) we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 komentarzy do “Największa birmańska przygoda – trekking w Birmie (Hsipaw)