Coraz bardziej chińska 24 komentarze


Od dawna wiedziałam, że łatwo adaptuję się do nowych miejsc: po tygodniu podóżowania samochodem po Australii nazywałam go domem (i wcale nie wydawało mi się dziwne, że mówię „idę do domu” kierując się w stronę parkingu), a po kilku dniach spędzonych w Pekinie umawiałam się ze znajomym „w naszym” barze. Naprawdę wiele mi nie trzeba, żeby poczuć się jak u siebie.

Przebywając w danym miejscu, w określonym środowisku, wśród specyficznych ludzi, nabieramy nowych nawyków, zmieniamy swoje codzienne rytuały- to zupełnie naturalne. Na tyle, że w codziennym biegu nie zauważamy zmian, jakie w nas następują, aż w końcu… jedziemy do swojego ojczystego konsulatu i na pytanie „Z jakiego miasta jesteś” odpowiadamy bez zastanowienia „Z Shenzhen!”. I wtedy dociera do nas, że wsiąkliśmy na dobre! Potem jeszcze wpada nam w oko artykuł You know you’ve been in China long enough when… (Wiesz, że jesteś w Chinach wystarczająco długo, gdy…) i wtedy z ciekawością zaczynamy przyglądać się sobie samym i szukać, co się w nas zmieniło na emigracji.

emigracja do Chin

Oto jakie syndromy schińszczenia odkryłam w sobie:

  • Noszę przy sobie bidon z ciepłą wodą lub zieloną herbatą.
  • Jem pałeczkami, wszystko. Poza zupą, którą jem łyżką i… pałeczkami.
  • Czerwone światło? I co z tego? Wchodzę na ulicę niezależnie od sygnalizacji, niezależnie od niej rozglądam się też na boki.
  • Gdy w toalecie mam do wyboru model europejski (sedes) lub azjatycki (dziura w podłodze), wybieram ten wygodniejszy i bardziej higieniczny czyli… drugi.
  • Do sklepu chodzę w pidżamie, klapkach, często z mokrymi włosami prosto spod prysznica.
  • Perfekcyjnie wpycham się do metra i w kolejkę.
  • W kawiarni zamawiam latte z zielonej herbaty.
  • Widok dziecka siusiającego do kratki ściekowej na środku ulicy mnie nie wzrusza.
  • Zawsze upewniam się, czy ceny nie da się zbić.
  • Żadna potrawa nie jest dla mnie za ostra.
  • Nie solę ryżu.
  • Niezależnie od języka, w jakim przeprowadzam rozmowę, gdy chcę podziękować mówię „xie xie”.
  • Jem ciepły posiłek trzy razy dziennie.
  • Piję gorące mleko sojowe.
  • Pierogi jem z octem ryżowym.
  • Lubię słodycze z pastą z czerwonej fasoli.
  • Rano sprawdzam poziom zanieczyszczenia powietrza, nie sprawdzam pogody (to oczywiste, że będzie gorąco, a deszcz może zacząć lać w każdej chwili, a po nim i tak wyjdzie słońce).
  • Nie krzyczę na widok karalucha.
  • Kucam czekając na autobus.
  • Jogurt piję przez słomkę.
  • Jako, że ziemniak to warzywo, jem makaron lub ryż z ziemniakami.
  • Gdy przyjeżdżam do Polski ulice wydają mi się opustoszałe, miasta małe, a budynki bardzo niskie.
  • Przy 15°C zakładam rękawiczki.
  • Chodzę ze znajomymi na karaoke.
  • Uzależnienie od Facebooka zamieniłam na uzależnienie od WeChat.
  • Uważam, że czapki w kształcie pandy są urocze.

Ciekawe jakie jeszcze zmiany mnie czekają?

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera! 

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

 


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka zafascynowana Azją, uzależniona od pisania pasjonatka podróży. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 30 krajów, mieszkała w Chinach, Anglii i we Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". 30 lipca 2015 roku ruszyła w podróż dookoła świata w poszukiwaniu nowego domu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

24 komentarzy do “Coraz bardziej chińska

  • Martyna

    Haha 🙂 Ciekawe jak szybko można się zaadoptować do Chin. Przez rok mieszkania tam zauważyłam u siebie podobne objawy. Co prawda nie chodziłam w piżamie po mieście bo tak wcześnie zaczynałam pracę, że z domu wychodziłam po prostu do pracy. No i nie piłam mleka sojowego, bo po prostu mi nie smakuje, tak samo w Tajlandii tego nie piłam przez rok.
    Po kilku latach mieszkania za granicą, w różnych krajach, zauważyłam, że coraz szybciej przyzwyczajam się do lokalnej kultury i nabieram lokalnych nawyków. Tylko po powrocie do Polski mi trochę trudniej … hahaha…. o ironio! Wszystko tutaj jest jakieś dziwne 😉 I ludzie są duzi 😉
    Pozdrawiam i życzę miłej dalszej adaptacji

  • Jarek Grzegorzek

    Pierwsza rzecz jaką robię po przebudzeniu odkąd mieszkam w Pekinie to sprawdzenie czy za oknem smog czy piękna pogoda – od tego uzależniam swoje plany. Hej! Dzięki za tekst ZMIANY ZWANE ŻYCIEM, znalazłem się w podobnej sytuacji niestety.

  • Marcin Wesolowski

    Dobre! 🙂 tak jakbym słyszał siebie po roku mieszkania w Chinach. Ja dodałbym jedno do tej listy – jak się wraca do Polski, to język polski wydaje się strasznie długi i skomplikowany! 🙂

  • fala

    haha jak zawsze optymistyczny wpis 🙂
    artykul przeczytalam – moj ulubiony to: ‚your instinctive reaction to a Chinese saying “Hello” on the street is “Bu yao.”’ coraz czesciej mi sie to zdarza! 😉

    aha…to ryz sie soli? 😉

  • Rodzynki Sułtańskie

    Ale sympatyczny wpis! Uśmiechałam się przy każdym punkcie! 🙂
    A ekspatom w Turcji opada kopara, kiedy próbuję im wmówić, że model azjatycki (tu po prostu to „a la Turca”) jest bardziej higieniczny i zdrowszy. No bo jak to, do dziury tak?!

  • kris

    Po przeczytaniu powyzszego artykulu dostrzegam, ze Australijczycy sa rowniez porzadnie schinszczeni. Tez chodza sobie do sklepow w pidzamach, kapciach (lub na boso) i z mokrymi wlosami, tez wpychaja sie „na chama” zawsze i wszedzie, siadaja w kucki na plytkach chodnikowych czekajac na autobus, nie krzycza na widok karalucha wielkosci malej myszy i na pewno preferowaliby model azjatycki toalety gdyby tylko mieli taki wybor:-) Niestety poki co narazie w australijskich domach montuja te „europejskie” z sedesem.. ale mysle, ze niedlugo juz sie to zmieni.

  • Klaudia

    Byłam w Chinach przez 6 tyg. i na większość z tej wyliczanki odpowiedziałam tak! A najbardziej przerażające, że również zgodziłam się z toaletą 😉 Kto by pomyślał?
    Fantastyczny blog! Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Mamutek

    Zbyt krótko byłam w Chinach, aby zauważyć u siebie syndrom schińszczenia, ale co do toalet to się zgadzam. Pozostałe punkty bardzo ciekawe, a sam blog super 🙂 Pozdrawiam

  • Klaudyna

    hahaha 😀 to tak jak ja! Kazdy punkt sie zgadza 😀 Dopisalabym jeszcze pare innych :D.
    1. Chodze z parasolem gdy swieci slonce
    2. Zawsze mam przy sobie herbate do zaparzenia
    3. Gdy zapraszam na urodziny czy do restauracji – place caly rachunek
    4. Cwicze na maszynach w parku o polnocy
    5. W pubie gram w kosci
    6. Pije do dna gdy slysze „gambei”
    7. Jesli nikt nie mowi „gambei” to sama nie pije tylko z wszytskimi jednoczesnie :))
    Znalazloby sie pewnie jeszcze wiele innych punktow :).

    Pozdrawiam z Hainan!

  • ChmuryKultury

    Sama wybierałabym opcję drugą, jeśli chodzi o toalety. W Polsce często wolę załatwić swoje potrzeby na łonie natury niż w publicznej ubikacji! Gdzie można kupić Twoją książkę? 🙂

  • Wysrodkowani

    wlasnie mija mi osmy miesiac w Chinach i musze przyznac, ze podpisalabym sie pod wiekszoscia twoich punktow. niedawno zaskoczylam sama siebie, gdy zorientowalam sie, ze nauczylam sie pic goraca wode. myslalam, ze nigdy sie do tego nie przyzwyczaje, a tu ktoregos dnia zauwazylam, ze z niesmakiem patrze na kubeczek z woda, bo mi wystygla.
    zgadzam sie tez co do toalet. jesli chodzi o publiczne, to zdecydowanie wole korzystac z dziur w podlodze niz z europejskich sedesow 🙂