Back to home
życie w Chinach

Reisefieber

Reisefieber- uczucie zdenerwowania, podniecenia, zaniepokojenia wywołanego zbliżającą się podróżą. Tak, chyba jakoś tak definicja tego określenia brzmi. Zwykle przejawia się u mnie tym, że trochę na wyrost martwię się, że zapomnę jakiegoś absolutnie niezbędnego składnika bagażu (18-tej pary majtek lub wodoodpornego etui na dokumenty). Macam więc nerwowo torbę by wyczuć kolejne kształty i 37 razy sprawdzam czy mam paszport.  Jeśli wylot/odjazd jest we wczesnych godzinach rannych, dochodzi lęk przed zaspaniem (szczególnie, że pospać lubię a mój sen charakteryzuje się wyjątkową odpornością na wszelkie mające poderwać śpiącego na nogi urządzenia) co z reguły kończy się przerywanym cogodzinną kontrolą zegarka drzemaniem. Przed- chińskie reisefieber to jednak zupełnie co innego, tu nic sobie wymyślać i wyolbrzymiać nie ma potrzeby. Przynajmniej w naszym przypadku okazało się to zupełnie zbędne.

Pisałam ten tekst w myślach już kilka razy, ale zawsze coś wypadało, ciągły wyścig z czasem nie pozwolił usiąść w spokoju chociaż na chwilę przez ostatnie dni. W końcu dzień przed wylotem zapięłam walizkę i pomyślałam: „No dobra, bardziej spakowana już nie będę! To dobry moment, żeby opowiedzieć o moim skośnym reisefieber”.
Myliłam się, moment nie był dobry. Właściwie to nie było żadnego momentu (wolnego) bowiem gdy za chwilę stanęłam z walizką na wadze, okazało się, że mam 3 kg nadbagażu. Zmieszczenie mieszkania w 23- kilogramowym limicie okazało się trudniejsze niż myślałam.  Przyszło mi rozstrzygać coraz bardziej absurdalne dylematy: bluza czy książka?, suszarka czy spodnie? Szybka decyzja, na wagę i tak w nieskończoność. W międzyczasie przekazanie kluczy do naszego mieszkania, ostatnie zakupy, sms-y i telefony od znajomych, przegryzane pizzą próby upchnięcia na pawlaczu tego, czego zabrać już nie damy rady (przy okazji udało się nam ustalić, że pawlacze są z gumy). A wszystko w nerwowej atmosferze oczekiwania na wizy. Właśnie, czy wspomniałam, że to wszystko na niecałą dobę przed wylotem?
Teraz mała retrospekcja, cofamy się o 1,5 tygodnia. Z korespondencji mailowej z Niemcem, który koordynuje nasz proces wizowy dowiadujemy się, że pozwolenia na pracę i zaproszenia od chińskiej firmy będą w czwartek (tydzień przed naszym planowanym wylotem) w biurze w… Szanghaju! Dokumenty te (w oryginale) trzeba dołączyć do wniosku o wizę (pracowniczą typu Z, uprawniającą do podjęcia pracy w Chinach przez okres powyżej 6 miesięcy i wielokrotnego przekraczania granic). Szybko orientujemy się, że pilnujący procesu Niemiec nie ma pojęcia ile trwa oczekiwanie na chińską wizę w  Polsce. Otóż w trybie normalnym 7 dni roboczych ambasady (która jest czynna tylko w poniedziałki, środy i czwartki), w trybie ekspresowym (za dodatkową opłatą) można otrzymać wizę w ciągu 3 dni. Oznacza to, że jeśli jakimś cudem dokumenty dotrą do Polski na poniedziałek to przepustkę do skośnego świata otrzymamy w czwartek o 11. Problem w tym, że o tej porze powinniśmy być już na lotnisku, które oczywiście znajduje się w dość znacznej odległości od ambasady.  Zgłaszamy ryzyko!

Przebukowanie lotu (kolejne, bo przecież mieliśmy lecieć tydzień wcześniej) nikomu nie jest na rękę. Nam z oczywistych względów: wystarczająco długo już żyjemy na walizkach i kartonach, a za chwilę nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Naszym przyszłym gospodarzom również: jeśli zmienimy termin lotu, to nie zdążymy dopełnić  formalności wizowych w Szanghaju (w tym poddać się badaniom lekarskim) przed Złotym Tygodniem (1-7 października)- narodowym świętem z okazji rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej przez Mao Zedonga na Placu Tiananmen w 1949 roku, oczywiście  wolnym od pracy.  Najmniejsze przesunięcie będzie skutkować 2 tygodniami opóźnienia. Tego nikt nie chce.
Bierzemy sprawy w swoje ręce. Najpierw skracamy trasę, jaką mają pokonać niezbędne w procesie wizowym pozwolenia na pracę i zaproszenia- ominą  biuro w Niemczech i przylecą z Chin prosto do Warszawy. Dzwonimy do speców od wiz, dowiadujemy się, że konsulat w Gdańsku wydaje wizy w dniu złożenia wniosku, pracuje w poniedziałki, środy i piątki. Plan jest taki: w poniedziałek mamy komplet dokumentów, pośrednik wysyła je kurierem do Gdańska, gdzie w środę popołudniu konsulat wklei w nasze paszporty przepustkę do azjatyckiej przygody. Do Warszawy przyjadą pociągiem o 23:08- pół doby przed wylotem. Dowiadujemy się też niestety, że brakuje nam jeszcze jednego papierka- zaświadczenia lekarskiego! Musimy je zdobyć do poniedziałku (jest środa), formularz można wypełnić tylko po chińsku lub angielsku…
Pierwsza myśl- prywatna klinika. Umawiamy się na następny dzień (czyli czwartek) do internisty w Enel- Medzie. Tłumaczymy w jakiej sprawie przyjdziemy, prosimy o lekarza władającego językiem angielskim. Koszt: 150 zł od osoby. Pani doktor zachowuje się jak naburmuszona hrabina. Na wejściu, nie widząc jeszcze formularza stwierdza, że wizyta trwa 15 minut a to za mało na wypełnienie dokumentu. Nawet na nas nie patrzy, twierdzi, że wywiad lekarski nie wystarczy, że się pod tym nie podpisze.  Tymczasem w formularzu są rubryki takie jak: nos, szyja, kończyny- wiemy, że wystarczy wpisać „ok.”, to tylko formalność, szczegółowe badania przejdziemy w Szanghaju. Są też pytania dotyczące chorób tropikalnych (jak żółta febra) i psychozy. Tomek nagle słyszy: „ja nie wiem czy pan jest normalny, widzę pana pierwszy raz w życiu na oczy”. Mi już nerwy siadają, pytam nabzdyczonej królowej medycyny czy w ramach wizyty, która kosztowała 150 zł jest w stanie dokonać „oględzin” by stwierdzić, że ręce, nogi, oczy są tam gdzie ich miejsce. Pani doktor deklaruje wypełnienie (uwaga!) CZĘŚCI JEDNEGO formularza w ramach dwóch wizyt- czyli za 300 zł. Wstaję i wychodzę, Tomek wytrzymuje jedynie kilka sekund dłużej. Recepcjonistka widząc nasze miny nie ma chyba odwagi dyskutować i zwraca całą opłatę. No tak, tylko dalej nie mamy zaświadczeń.
W panice wydzwaniamy po znajomych szukając namiaru na lekarza, który nie tylko włada angielskim, ale jest jeszcze do tego normalny (tak na oko, bez zaświadczeń). Jak na złość padają baterie w obydwu telefonach. W drodze do domu zajeżdżamy do osiedlowej przychodni, gdzie od razu wzbudzamy zainteresowanie pań z recepcji- no w końcu nie co dzień przychodzą ludzie prosząc o zaświadczenie po angielsku, że mają uszy! Podobno pracuje tu „nowa młoda pani doktor, która może mówić po angielsku”. Już za chwilę formularz ląduje na jej biurku a my słyszymy zbawienne „pani doktor zgodziła się państwa przyjąć, proszę czekać”. Czekamy 3 godziny. W międzyczasie wpychają się przed nas wojownicze emerytki. Nie ważne, poczekamy. Byle się udało!
Pani doktor po angielsku mówi bardzo słabo, nadrabia za to dobrą wolą i zwyczajną (choć tak rzadko spotykaną) ludzką życzliwością.
Przechodzimy przez kolejne punkty formularza: „Nos? Jest!”, „Psychoza maniakalna? Nie ma!”. Atmosfera się rozluźnia, wymieniamy żartobliwe uwagi. Jako, że Chińczycy nie przywiązują zbytniej uwagi do poprawności swojego angielskiego, w dokumencie są literówki. I tu się zaczyna problem- nie wiemy co oznacza jeden z punktów, baterie telefonów rozładowane więc nie możemy przetłumaczyć zwrotu, pewnie nie muszę dodawać, że akurat tego dnia przeinstalowują system w przychodni i Internet nie działa? Otwieram buzię ze zdziwienia gdy nasza (tak, już nasza!) pani doktor dzwoni z prywatnej komórki do znajomego by rozwiązać problem (nasz problem!)- jest nadzieja dla gatunku ludzkiego, tacy ludzie jeszcze istnieją!
Jest czwartkowy wieczór, mamy zaświadczenie lekarskie, do planowanego wylotu 6 dni. Paczka z brakującymi dokumentami wyleciała dziś z Szanghaju. Monitorujemy przesyłkę. W piątek jest już u naszych zachodnich sąsiadów- w Kolonii. Odetchnęliśmy z ulgą. Jutro powinna trafić do Warszawy, w poniedziałek doręczenie i nasz plan ma szansę zakończyć się sukcesem na międzynarodową skalę! W sobotę chwila rozprężenia, spotkania z przyjaciółmi i rodziną. Żegnamy się i żegnamy, najgłośniej płaczą nasze wątroby. Ociężałymi niedzielnymi oczami czytamy maila z Niemiec- czy zauważyliśmy, że nasze dokumenty poleciały do Paryża? Co?! Tomek nerwowo wstukuje numer przesyłki, ja wstrzymuję oddech… Paczka rzeczywiście była we Francji, ale jest już na magazynie w Warszawie- taką okrężną wybrała sobie drogę. Uff!
Poniedziałek, 3 dni do godziny ZERO. Rano Tomek wchodzi na stronę konsulatu Chin w Gdańsku i czyta: „konsulat zawiesił usługę wydawania wiz w dniu złożenia wniosku”- blady strach, pot na plecach… Telefon do pośrednika- mamy nie sugerować się „oficjalnymi informacjami”, znaczy się mają kontakty/układy- nasze szczęście płatne fakturą Vat. Wypatrujemy kuriera jak grzeczne dzieci pierwszej gwiazdki w Wigilię. Zjawia się dopiero koło 14 (i kto teraz zliczy wypalone papierosy/obgryzione paznokcie?).  Szansa, że się uda wzrasta.
Wtorek, 2 dni przed wylotem: komplet dokumentów trafia do Gdańska, możemy z nerwów wydreptać dowolny wzór na dywanie a i tak konsulat otworzą dopiero w środę.
Środa, wylot jutro. Zajmujemy głowy wspomnianymi wcześniej dylematami natury praktycznej (w sensie „czytamy czy wyglądamy?”) aż do 14:00, kiedy otrzymujemy informację, że mamy wizy! Mają „wsiąść” do pociągu, który odchodzi z Gdańska o 17:00. 17:30 Tomek odbiera telefon- pytają go o numer dowodu i inne dane potrzebne do odbioru przesyłki- wnioskujemy, że one JESZCZE NIE WYJECHAŁY!!! Ratunku! 23:08- o tej godzinie pociąg Neptun miał dojechać na Dworzec Centralny w Warszawie. Spóźnia się 15 minut. Konduktor szuka paczki: „Ta? Nie?! Ale ja nie mam więcej paczek…” 23:30- serce staje… „Aaaa tu jest! Proszę się nie denerwować, ja 20 lat jeżdżę i nigdy żadnej przesyłki nie zgubiłem”.
I to już koniec niespodzianek, złośliwych zrządzeń losu, nieprzewidzianych sytuacji. Budzik zadzwonił, samochód nie utknął w korku, bagaż nie przestraszył obsługi lotniska, samolot się nie zepsuł, żadna cegła nie spadła nam po drodze na głowę. To się dzieje naprawdę! Już za chwilę/na chwilę będziemy pracować, cieszyć się, dziwić, smucić, śmiać, bawić, żyć w Chinach. Z każdym napisanym słowem czuję jak stres opuszcza moje ciało…  Jak na kozetce u psychoterapeuty… Coraz większy relaks. Spełnienie potrzeby „wygadania się” tak błogo działa czy wino? Na pewno duże znaczenie ma fakt, że siedzimy już w samolocie do Szanghaju!

samolot

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

 

By Pojechana, 21 września 2012 Człowiek od rzeczy niemożliwych, menadżerka, przedsiębiorczyni, dziennikarka, joginka, pasjonatka podróży, miłośniczka wody i gór. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 50 krajów, mieszkała w Anglii, Chinach, Francji i Hiszpanii. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". Od 2021 organizuje kobiece wyjazdy jako Zrelaksowana.pl.
  • 8

Pojechana

Człowiek od rzeczy niemożliwych, menadżerka, przedsiębiorczyni, dziennikarka, joginka, pasjonatka podróży, miłośniczka wody i gór. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 50 krajów, mieszkała w Anglii, Chinach, Francji i Hiszpanii. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin". Od 2021 organizuje kobiece wyjazdy jako Zrelaksowana.pl.

8 Comments
  • Ania Błażejewska
    23 września 2012

    Oj wiem, coś o tym;)
    Samych przyjemności w Chinach życzę!

  • yellowinside
    24 września 2012

    Przeczytałem jednym tchem, tak jak byś to tak właśnie napisała :) Good luck!

  • Marta.
    1 października 2012

    Wszystkiego dobrego,na nowej drodze,chinskiej przygody!!!!!!!!

  • wg108
    3 października 2012

    Ha ha ha ubawiłem się setnie, świetnie się czyta o takich przygodach (pod warunkiem, że kończą się happy endem, prawda?)

  • Cuba mi amor
    20 marca 2013

    Chyba napiszę o pewnej przygodzie z lotem na Kubę… :)

  • Ewa Janisz
    20 marca 2013

    aż wstrzymałam oddech, co uświadomiłam sobie dopiero kończąc czytać tekst :D

  • Lekarz
    4 sierpnia 2015

    Mocno przeterminowany komentarz, ale dzisiaj stanęłam po drugiej stronie barykady i stanę w obronie pierwszej lekarki z tego wpisu. Wystawienie zaświadczenia jest wiążące dla lekarza- podbicie się własnym Prawem Wykonywania Zawodu oznacza przyjęcie odpowiedzialności za to co się w tym formularzu poświadczyło. W tamtym momencie wystawienie zaświadczenie wydawało się tylko czystą formalnością, ale znam wiele przypadków takich czystych formalności, które zakończyły się sprawą w sądzie. Pacjenci z uśmiechem na ustach, gorącymi prośbami, wielką wdzięcznością , nie mają potem żadnego problemu żeby skarżyć lekarza, który w dobrej wierze podbił im się na jakimś „czysto formalnym” zaświadczeniu(i nie mówię tu o typowym błędzie lekarskim). Normalnemu człowiekowi ciężko uwierzyć, że ten formularz może posłużyć w przyszłości do roszczeń ze strony pacjenta(zdrowy rozsądek i logika na niewiele się tu zdają), ale ponieważ takie przypadki się zdarzają- podchodzę z większą rezerwą do sytuacji. Bez komentarza jeżeli chodzi o umiejętności interpersonalne tej pani.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *