Kiedy myślę o tym czego mi potrzeba w danym miejscu żeby było miło i przyjemnie, w głowie przewijają się piękne krajobrazy, miękkie tkaniny, przyjemne zapachy. O kwestiach podstawowych, takich jak bieżąca woda czy dach nad głową, nie myślę wcale. Oczywistymi rzeczami nie ma co zawracać sobie głowy. Są jednak takie miejsca gdzie to, co w kulturze, w której wyrosłam jest oczywiste, przestaje być konieczne, a nawet przeszkadzałoby w chłonięciu otaczającego piękna, w poczuciu nieskrępowania, w namiastce wolności od tych oczywistości właśnie. Mam szczęście trafiać do takich miejsc coraz częściej. Miałam szczęście rozmawiać z Magdą (Career Break), która poleciła mi Seal Rocks. Miałam szczęście z rady tej skorzystać.
Zatrzymaliśmy się na kampingu, na którym z wygód cywilizowanego świata był tylko… wychodek. Tył naszej Toyoty szybko przerobiliśmy na sypialnię, hamak i kilka gałęzi na dach polowej kuchni (akurat padało). Krętą ścieżką wyszliśmy na wydmy i już wiedziałam, że będzie wspaniale. Przestrzeń, ocean, biały piasek, nic… Pusto i pięknie. Na kolację wpadły do nas pocieszne oposy, a w nocy, zaciekawiona znakami ostrzegawczymi, wyglądałam psów dingo. Doczekałam się dopiero o świcie wizyty… leśnych indyków. Na spotkanie wyszedł nam też rano pokaźnych rozmiarów jaszczur.
Na spacerze do latarni morskiej Sugarloaf Point alarmującej statki o skalistym brzegu (na którym podobno wygrzewały się kiedyś w słońcu foki- stąd nazwa Seal Rocks), upłynął nam niemal cały dzień. To zaledwie kilka kilometrów, ale zarówno Treachery jak i Lighthouse Beach kuszą miękkością wydm, uwodzą bielą piasku, szepcą szumem oceanu by przysiąść na chwilę, zatrzymać się, popatrzeć.
Wieczorem wynieśliśmy turystyczne krzesełka na Yangon Beach- plażą długą aż po horyzont, za którym schować miało się za chwilę słońce. Długą i pustą. Całą dla nas! Sącząc drinki obserwowaliśmy niezwykły spektakl na niebie, kolory przelewające się w kolory, chmury zmieniające kształt na podobieństwo innych chmur, bawiące się w berka z naszą wyobraźnią. Patrzyliśmy tak długo, aż nastała ciemność i przez moment, zanim niebo roziskrzyło się tysiącem gwiazd, byliśmy sam na sam z otchłanią oceanu. To była taka właśnie chwila, w której do szczęścia nie potrzeba nic. To było takie miejsce, któremu dodanie czegokolwiek, magię by odebrało. Ocean, ocean, potężny ocean i my tacy mali.
Ciekawi szczegółów australijskiej podróży? Dokładną relację znajdziecie tu: Australia 2013/2014.
Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!
Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.
Danuta
29 stycznia 2014Cudownie!
BestWestern
30 stycznia 2014Wspaniała wyprawa! Widać, że naprawdę kochasz podróżować, te wszystkie opowieści i zdjęcia robią naprawdę duże wrażenie.
Gdzie jeszcze planujesz wyjechać? Jakie są Twoje punkty do zdobycia na mapie :)?
Tani-swiat.pl
31 stycznia 2014Niesamowite miejsce! Plaże przypominają te znane nawet z Seszeli – ten kolor wody i kontrastujący piasek. Miło czyta się o takich wspaniałych przeżyciach. Dzięki za wpis.
Ola Świstow
7 lutego 2014Nie byłam na Seszelach, z komentarza wnioskuję, że powinnam się kiedyś wybrać ;-)
Olivia
31 stycznia 2014Fajnie byłoby posiedzieć sobie nad taką plażą i pobrodzić w wodzie o tej porze roku jaką mamy w PL :)
Ola Świstow
7 lutego 2014Zakładam, że tam jest cudownie naprawdę o każdej porze roku :-)
Wycieczki z Poznania
5 lutego 2014Widoki rewelacyjne. Połączenie piasku, skał z turkusowym morzem. Rewelacja!
biuro podróży Glob
6 lutego 2014Rozumiem Twój zachwyt :) Za taki właśnie piasek kocham polskie wybrzeże i jedyne czego mi brakuje to ocean zamiast Bałtyku :) No i może jeszcze brakuje pustkowia ;) Super klimat. Gratuluję wspaniałych chwil :)
Ola Świstow
7 lutego 2014Zdecydowanie jestem fanką nadbałtyckich plaż. Lubię je również zimą, za przestrzenie i pustkę właśnie :-)
biuro podróży Glob
7 lutego 2014Jedne z najpiękniejszych są w okolicach Stilo. Szerooookie :)